Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Czarne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Czarne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 sierpnia 2025

,,Masz się łasić" Katarzyna Bednarczykówna


 Bardzo długo żyłam w naiwnym przeświadczeniu, że mobbing to coś, co zdarza się gdzieś, komuś i rzadko. Jednak rok temu odeszłam z firmy, w której pracowałam tylko 11 miesięcy właśnie przez mobbing. Mówię o tym otwarcie, otwarcie opowiadam o sytuacjach, które miały miejsce bo uważam, że trzeba na to zwracać uwagę i nie można zamiatać tego pod dywan. Ja jednak miałam dużo szczęścia, mieszkam w dużym mieście i pracuję w branży gdzie, jak na razie, nie ma problemów ze zmianą. Odeszłam i nie traktuję tego jak przegraną, raczej doświadczenie, które nauczyło mnie, że jeśli pierwszego dnia w pracy firma chwali się polityką ,,zero tolerancji dla mobbingu" to uciekaj. Smutne bo doskonale pokazuje stan ogólnej sytuacji jaka panuje w całym kraju.

Bo mobbing to nie jest chwytliwe hasło. To zjawisko, z którym mierzy się codziennie wielu pracowników. Ilu? Nie wiadomo, bo nie ma kompletnych badań a i sam mobbing jest bardzo trudny do udowodnienia i osądzenia. Państwowa Inspekcja Pracy nad tym nie panuje. Ona tylko sprawdza czy firma ma wdrożone odpowiednie procedury. Ofiara musi iść do sądu ale i tu , absolutny paradoks, większe prawdopodobieństwo jest, że nic nie osiągnie a finalnie sama skończy z wyrokiem o zniesławienie. Straszne i przerażające jest jak niewydolne jest nasze państwo.

I takie też straszne, przytłaczające i nie napawające optymizmem są historie przytoczone w reportażu. Mobbing może zdarzyć się wszędzie - w szpitalu, na uczelni, w urzędzie gminy, w szkole, w redakcji gazety, w korporacji. Nie ma schematu. Nie ma bezpiecznej branży. Jest tylko ofiara i mobber. W tych historiach poraża ciężar obciążenia psychicznego, celowych ataków - mniejszych, czasem niewidocznych dla osób postronnych lub większych łączących się w bezpośrednimi wyzwiskami czy atakami. Nie ma też jednej sylwetki mobbera - może nim być wykształcona pani profesor jak i szef-prywaciarz po zawodówce.

Reportaż Katarzyny Bednarczykówny, u mnie osobiście, uporządkował emocje i odczucia. Utwierdził mnie w tym, że dobrze zrobiłam odchodząc ale jednocześnie zaskoczyła mnie skala problemu i to jak trudno jest z nim walczyć. Historie z reportażu są dramatyczne i celowo skrajne bo tylko w ten sposób dosadnie można pokazać to co na co dzień się ignoruje. Nie znajdziecie tu gotowego rozwiązania czy nawet jednoznacznej diagnozy, jest tylko początek dyskusji i otwartego przyznania, że problem mobbingu istnieje i jest większy niż nam się wydaje.

niedziela, 2 marca 2025

,,Slenderman" Kathleen Hale

Tytuł oryginału:Slenderman: Online Obsession, Mental Illness, and the Violent Crime of Two Midwestern Girls

 Czy można wskazać jednoznacznie gdzie leżała przyczyna to co się wydarzyło w maju 2014? Czy można było to przewidzieć? Trójka dwunastoletnich dziewczynek na przyjęciu urodzinowym. Internetowa straszna historia o Slendermanie. Czy to mogło kogokolwiek zaalarnować? Gdy Morgan i Anissa napadają i poważnie ranią Bellę wydaje im się, że to co robią jest potrzebne. Że w ten sposób chronią innych. Wirtualny świat tak mocno przenika do ich rzeczywistości, że przejmuje nad nimi kontrolę i doprowadza to do niewyobrażalnej tragedii. Tylko czy to cała prawda?

,,Slenderman" to mocny, poruszający reportaż nie tylko dotyczący zbrodni dwunastolatek ale opowiadający znacznie szerszą historię. To straszna i szokująca praca o amerykańskim systemie prawnym oraz o tym do czego prowadzi nieleczona schizofrenia. Ta historia szokuje i poraża na wielu poziomach. Już sam początek, nakreślenie tła przed atakiem budzi niepokój. Toksyczna przyjaźń, która wynikała z wyobcowania i niezrozumienia przez szkolne środowisko oraz potęgowana przez niezdiagnozowaną i nieleczoną chorobę. Swobodny dostęp do internetu pozwalający rosnąć chorej fascynacji internetowym monstrum, Slendermanem. To oraz  niedojrzałość i dziecięce patrzenie na świat są prostą drogą do dramatu.

I gdy w wielu innych miejscach na świecie, dokonany atak przez dzieci, mógłby stać się wstępem do rozpoznania problemu, w Wisconsin, nie jest. Jest początkiem nowego dramatu. Dziewczynki (w chwili ataku dwunastoletnie) zostają uznane za dorosłe, umieszcza się jej w ośrodkach ze znacznie starszymi osobami i przez wiele lat odmawia się im terapii czy odpowiedniej pomocy medycznej. Choroba, która wywołała tragedię może tylko narastać.

,,Slenderman" to szokujący obraz nieudolności amerykańskich służb publicznych. Patologiczne prawo zamiast pomagać tylko potęguje problem nie szukając w ogóle jego przyczyny. To nie jest historia o strachach z internetu ale o rzeczywistych - chowających się wśród paragrafów. To bolesna i porażająca opowieść, o tym jak bezsilne jest amerykańskie prawo w obliczu choroby psychicznej, głównie dlatego, że nie rozumie i nie próbuje nawet zrozumieć jej przyczyn.

,,Dał jej czterdzieści lat, prawda? Mój Boże, to chyba cudownie. [...] Nie chcemy ludzi chorych umysłowo w społeczeństwie." To zdanie, podsumowujące wyrok, chyba najlepiej oddaje patologiczność, opresyjność i nieudolność systemu, który zamiast pomagać tylko potęguje problem. Czytanie tego reportażu autentycznie boli. 


p.s. WYZWANIE 2025 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu: 144,0 cm - 2,9 cm = 141,1 cm.    

wtorek, 1 października 2024

,,Śmiertelnie ciche miasto" Murong Xuecun

Tytuł oryginału: Deadly Quiet City: True Stories from Wuhan

 Pamiętacie marzec 2020 roku? Moment gdy cały nasz świat został wywrócony do góry nogami? Moment gdy cały świat nagle doświadczył lockdownu i nagle okazało się, że wszystko da się zrobić zdalnie? Z perspektywy dzisiaj (jesieni 2024) wydaje się to już nieprawdopodobne. Jednak się wydarzyło i to przeżyliśmy. Jednak zanim Europa i cały świat zostały objęte globalną kwarantanną, pierwszy akt dramatu rozegrał się w Wuhan, w Chinach. I właśnie o tym opowiada zbiór reportaży ,,Śmiertelnie ciche miasto".

Reportaż koncentruje się na samym początku pandemii czyli przełomie 2019 i 2020 roku. To właśnie wtedy w Wuhan zostają zaobserwowane nasilone przypadki ostrego zapalenia płuc, które nie pasowało do typowych objawów. ,,Śmiertelnie ciche miasto" to zapis osobistych historii kilku osób, które jako pierwsze zderzyły się z pandemią i doświadczyły pierwszego, najważniejszego chińskiego lockdownu. Lekarz, sprzątaczka w szpitalu, nielegalny przewoźnik, działaczka społeczna, kilku przedstawicieli chińskiej klasy średniej. Każda z tych osób inaczej przeżyła początek pandemii i każda to inny element dramatu, który całościowo buduje obraz niewydolności, niekompetencji chińskich rządów oraz prezentuje ogrom chaosu, zafałszowania, biurokracji, która finalnie przekłada się na cierpienie najsłabszych jednostek systemu.

Z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że w Europie panował wtedy chaos i dezinformacja, jednak to nic w porównaniu z tym co działo się w Wuhan. Przeciążenie systemu szpitalnego zestawiony z rygorystycznym, totalitarnym systemem pokazuje świat, w którym najsłabsze jednostki nie mają żadnych szans. Są wystawieni na straty, usunięci z rejestru po to tylko by system, partia, państwo mogło obwieścić sukces i zwycięstwo nad śmiercionośnym wirusem.

Historie przytoczone w reportażu są bardzo osobiste jednak więcej mówią o Chinach niż o danych jednostkach. Są tylko przykładami, pewnie jednymi z tysięcy podobnych, jednak widać przez nie szaleństwo i strach, które ogarnęło cały świat. Widać ogrom braku wiedzy, strachu, paraliżu społecznego ale także przebijają się elementy chińskiej mentalności, która tylko potęgowała tragedię. Z pewnością jest to ważny zapis, który pokazuje genezę wszystkiego co wydarzyło się na całym świecie wiosną 2020. Pomaga zrozumieć, dlaczego cały świat zareagował tak a nie inaczej. Stanowią genezę i punkt wyjścia i dlatego warto się z nimi zapoznać a przy okazji są cennym źródłem wiedzy pokazującej Państwo Środka od wewnątrz i obnażającymi wszystko to co chciano ukryć przed opinią publiczną. Polecam!

 p.s. WYZWANIE 2024 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu: 4,6 cm - 2,1 cm = 2,5 cm

piątek, 21 czerwca 2024

,,Potwór z Florencji" Douglas Preston, Mario Spezi

 

Tytuł oryginału: The Monster of Florence

Seryjny mordercy i ich zbrodnie od dawna rozpalają wyobraźnię. Nie jedna książka, film czy serial bazuje na ich historii i morderczej działalności. Wielu zapisało się nawet w historii popkultury, otaczając się mgiełką tajemnicy, lęku i długotrwałej bezkarności. Kuba Rozpruwacz, Ted Bundy to już nie tylko synonimy zła ale także społeczne magnesy, które przyciągają połączeniem fascynacji i przerażenia. Podobno każdy kraj ma swojego seryjnego mordercę, która jest sprawdzianem dla służb oraz barometrem społecznym. Dla Włoch kimś takim stał się ,,Potwór z Florencji".

Douglasa Prestona właściwie nie trzeba przedstawiać. To autor bestsellerowych serii kryminalno-przygodowych, żeby tylko wspomnieć o ostatniej wydawanej w Polsce, serii o archeolożce Norze Kelly. Ale to także świetny dziennikarz sprawozdawczy (kto nie zna polecam ,,Zaginione Miasto Boga Małp").  Na początku XXI wieku na jakiś czas przeprowadził się do Włoch z zamiarem napisania kolejnego thrillera. Miał już plan ale rzeczywistość okazała się bardziej interesująca. To wtedy spotkał Mario Speziego, włoskiego dziennikarza śledczego. Spezie poświęcił lata na gromadzenie i publikowanie artykułów o kolejnych atakach ,,Potwora". Morderca ten mordował pary, uprawiające seks na obrzeżach Florencji. Przez prawie dziesięć lat od 1974 roku siał strach i wodził skutecznie za nos śledczych. Kilkunastu mężczyzn było podejrzanych o bycie Potworem. Wielu spędziło wiele miesięcy w areszcie, wytoczono im sprawy ale w żadnym przypadku jednoznacznie nie udowodniono niczyjej winy.

Jednak książka ,,Potwór z Florencji" to nie tylko relacja z kolejnych zbrodni, nie tylko zapis śledztwa. To znacznie więcej. Te zbrodnie i połączone z nimi działania policji i karabinierów obnażają słabość służb i prawdziwą naturę społeczeństwa włoskiego. To wędrówka przez drogę usianą paranoją, spiskami, urażoną dumą oraz zupełną bezsilnością. Właściwie na żadnym etapie nie było prowadzone metodyczne śledztwo, raczej więcej tam chaosu, irracjonalnych teorii czy działań mających na celu dopasowanie dowodów do z góry narzuconej tezy. To śledztwo ciągnęło się przez dziesięciolecia i tylko ośmieszało i podważało kompetencje służb. Pełne jest wątków satanistyczny, masońskich, teorii, które wrzucone w jakąkolwiek powieść, potraktowalibyśmy z przymrużeniem oka, natomiast tutaj były z pełną powagą rozpatrywane na sali sądowej. Ale to też opowieść o włoskim społeczeństwie, pełnym podziałów, klas i zwyczajów. Tu rządzi nieustanne dopatrywanie się czegoś więcej oraz strach o utratę ,,twarzy".

Ten reportaż czyta się lepiej niż nie jedną powieść. To nie tylko mrożąca krew w żyłach opowieść o prawdziwych zbrodniach i mordercy, który nigdy nie został schwytany ale także opowieść o ludziach i mieście. To Florencja obok Potwora jest głównym bohaterem. To ona pokazuje swoje odmienne, mniej spektakularne oblicze. To ona stała się barometrem poprzez który widać stan włoskich służb, ich bezsilność i szaleństwo, które rodzi się w samym ich centrum. Miała to być prosta powieść non-fiction, jest bardzo celny i zdumiewający reportaż o tym jak swobodnie można manipulować faktami i nigdy nie dojść do prawdy. Polecam!

 p.s. WYZWANIE 2024 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu: 65,6 cm  - 3,3  cm = 62,3 cm. 

czwartek, 18 kwietnia 2024

,,Nic się nie działo" Tomasz S. Markiewka


 ,,Nic się nie działo" to historia bardzo intymna ale równocześnie mocno uniwersalna. Opowieść o jednej osobie, babce autora, ale osadzona w rzeczywistości ostatnich osiemdziesięciu lat. Nic się nie dzieje a równocześnie dzieje się wszystko. Jest wojna, przychodzą i odchodzą kolejne ustroje, zmieniają się miejsca, zmienia się rzeczywistość. Anna jest naszą przewodniczką po XX wieku i to dzięki losom jednej kobiety możemy zobaczyć jak wiele się zmienia i jak wiele może powiedzieć jedno zwyczajne życie.

Tomasz Markiewka ubrał w słowa historię, która mogłaby odpowiadać wielu ludziom. Pokazuje nie tylko jak Wielka Historia wpływa na ludzi ale przede wszystkim bardzo prosto i bez niepotrzebnych ozdobników opowiada o zwyczajnych, wiejskich realiach i jak się zmieniły. Podczas lektury sama, ze zdziwieniem, odnajdywałam wiele elementów, które znałam z opowieści moich dziadków i rodziców. To stwierdzenie ,,nic się nie działo" nie mówi, że na wsi panowała stagnacja czy marazm. Wręcz przeciwnie ono opisuje spokój i naturalnie następujące zmiany. Elektryfikacja, nowy dom, pierwszy telewizor, traktor, montaż linii telefonicznej, internet. Wszystko to się działo i następowało w trakcie życia naszych dziadków szybko i intensywnie ale równocześnie oszczędzono im wojen, zamachów, bezpośrednich wstrząsów czy zagrożeń. Pokolenie rozpoczęło życie od wojny doceniało ten spokój i to on był dla nich wyznacznikiem.

Ta króciutka książka mówi bardzo dużo o XX wieku i wsi. Jest pięknym pomnikiem pamięci i docenieniem zwykłego, prostego życia. To poruszająca opowieść o niezauważalnych zmianach i ludziach, który na to ciężko pracowali. To droga, którą przeszli po cichu, bez splendorów czy uznań nasi dziadkowie abyśmy my mogli znaleźć się w tym miejscu, w którym obecnie jesteśmy. Wreszcie na pierwszy plan zostaje wyciągnięte ,,to nic", które się działo przez tyle lat i kosztowało tak wiele wyrzeczeń. To bardzo prosta ale bardzo poruszająca opowieść, mówiąca po prostu ,,dziękuję". 

p.s. WYZWANIE 2024 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu: 104,8 cm - 1,6 cm = 103,2 cm. 

niedziela, 28 stycznia 2024

,,Kwiaty w pudełku" Karolina Bednarz


 Przyznam, że do momentu sięgnięcia po ten reportaż miałam bardzo romantyczną i idealistyczną wizję Japonii. Kwitnące wiśnie na tle ośnieżonej góry Fudżi, piękne gejsze, zapracowani ludzie mieszkający w czystym, dostatnim państwie, a w tle Hello Kitty i szalone teleturnieje przeplatana z anime. Tak, to nadal jest jeden z elementów opisujących Japonię ale jak zawsze, prawdziwy obraz jest dużo mroczniejszy i bardziej skomplikowany, szczególnie jeśli się spojrzy na wszystko z perspektywy kobiet.

Sporo czytałam o sytuacji kobiet w krajach latynoskich i wydawało mi się, że tam jest to szczególnie trudne. Dlatego, gdybym czytała ,,Kwiaty w pudełku" bez podanej nazwy kraju, którego dotyczy, moje pierwsze skojarzenia biegłyby w kierunku Ameryki Południowej. Pod otoczką idealnego państwa, wysokiej kultury kryje się opresyjny system, którego ofiarami najczęściej są właśnie kobiety. W Japonii odbiera się im prawo do wykształcenia, awansu, szacunku, są ofiarami mobbingu, seksizmu, molestowania. Brzmi strasznie i zupełnie odbiega od tego co Japonia chce i pokazuje światu. Infantylizacja kobiet przez sprzedawanie w świat kultury kawaii jest jednym elementów, które mają ograniczać prawa kobiet. Ale to zaledwie wstęp do poznania wielu innych bolesnych, trudnych, wręcz nie do uwierzenia historii. Próbuje się wprowadzać prawa, które mają pomóc ale w większości są one martwymi zapisami. Nie wiele można zrobić przeciwko gwałtom, molestowaniu w środkach komunikacji miejskiej czy nienormalnemu dokładaniu obowiązków zawodowych tak aby kobieta nie była w stanie pogodzić pracy i rodziny. Mężczyźni jak zwykle nie widzą problemów, są przekonani że ich jedyną rolą jest zarabianie pieniędzy a nie pomoc w domu. I kiedyś jedna pensja spokojnie wystarczała jednak czasy prosperity w Japonii także dobiegły końca. Zamiast dążyć do zmian społecznych, Kraj Kwitnącej Wiśni próbuje tkwić w tradycji .... która tak naprawdę tradycją nie jest bo narodziła się stosunkowo niedawno, jakieś 200 lat temu.

,,Kwiaty w pudełku" Karoliny Bednarz odczarowują obraz Japonii. Nie jest to już kraj marzeń i radości ale kraj targany mnóstwem problemów, które próbuje się zamiatać pod dywan. Wiele aspektów bardzo długo udawało się skutecznie ukrywać póki gospodarka prężnie funkcjonowała i była mniejsza wymiana kulturowa. Teraz to wszystko zaczyna wychodzić na wierzch. Coraz mocniej daje się odczuć postępujące ubożenie społeczeństwa, jego starzenie a jak zawsze, w takich sytuacjach, na pierwszy ogień idą kobiety, którym odmawiano praw i sprowadzano tylko do roli służebnej. Mocny, dosadny reportaż jednak zapisany z ogromną wrażliwością i szacunkiem dla bohaterek. Otwiera oczy i zupełnie zmienia spojrzenie. Polecam!

niedziela, 13 sierpnia 2023

,,Niepowtarzalny urok likwidacji" Piotr Lipiński, Michał Matys


 Chyba żadna dekada nie cieszy się taką popularnością jak lata 90-te XX wieku. Obrosły swoją własną mitologią, pierwsza dekada wolności, szalony czas zmian, zachwytu tym co jeszcze chwilę wcześniej było nieosiągalne, czas wielkich szans i wielkich problemów. Wspominamy z nostalgią muzykę, kulturę, modę. Wszystko wydaje się lepsze, ciekawsze, łatwiejsze, bardziej przystępne z dzisiejszej perspektywy. Ale właściwie jakie były lata 90-te?

,,Niepowtarzalny urok likwidacji" to zbiór kilkunastu reportaży , które powstały w latach 90tych i wtedy też pojawiły się na łamach ,,Gazety Wyborczej". Nie są to współczesne wspomnienia ale autentyczne teksty z epoki. Tematy ich jest różna, właściwie to trochę takie ,,mydło i powidło", szaleństwo tematów, treści, miks powagi i ciekawostek. Od astrologii i pierwszych wyznawców teorii new Age, przez Pierwszy Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, handlarzy z bazarów, Stadion Dziesięciolecia, akwizytorów sprzedających najbardziej kultowy odkurzacz Rainbow aż po problemy sądownictwa i prywatyzację oraz likwidację państwowych przedsiębiorstw.

Rozrzut tematyczny ogromny i,tak jak same lata 90te, nie dający się jednoznacznie zaszufladkować. Jest trochę na lekko, z fantazją i brawurą, jaka cechowała ostatnią dekadę XX wieku ale jest i na poważnie o problemach, które właściwie nie zostały rozwiązane do dziś. Ale przede wszystkim czuć klimat lat 90tych, klimat zmian, trochę niepewności, trochę optymizmu. Widać to pierwsze zachłyśnięcie się Zachodem ale i czerpanie garściami z szans jakie się otwierały. Na kilka godzin reportaże przenoszą nas w przeszłość, znowu jest barwnie, ciekawie, ciężko i niepewnie ale widać chęć by iść do przodu.

,,Niepowtarzalny urok likwidacji" to zbiór ciężki do ocenienia. Jest nostalgicznym powrotem w przeszłość ale takim w wersji light. Zaprezentowane reportaże nie są najwybitniejszymi przykładami. Nie poruszają żadnych ważnych tematów a jeśli już to robią to w wersji lekkiej, trochę anegdotycznej, pokazują pewien wąski obraz problemu. Nie ma tu nagłaśniania żadnej wielkiej afery ale spojrzenie z innej strony na problemy, którymi żyli wszyscy w latach 90tych. Jest to pewne delikatniejsze spojrzenie na to co spędzało sen z oczu wszystkim i było codziennością. Teraz, po prawie 30 latach, jest tylko ciekawostką. I właśnie do kategorii ciekawostki i anegdoty najbliżej temu zbiorowi reportaży. W przystępnej formie pokazują nieoczywistą, trochę mniej popularną czy już zapomnianą stronę lat 90tych oraz przybliżają jak wtedy pisało się teksty, przez to najlepiej czuć atmosferę tamtego okresu i jego autentyczność i oryginalność. I to najbardziej mnie przekonało i dlatego polecam!

wtorek, 6 czerwca 2023

,,Matrymonium" Alicja Urbanik-Kopeć


Bajki i filmy Disneya wychowały całe pokolenia w przeświadczeniu, że małżeństwo to jest finał zwieńczony magicznym określeniem ,,i żyli długo i szczęśliwie". Wystarczy się spotkać, zakochać od pierwszego wejrzenia, pokonać złą czarownicę a potem już wszystko idzie płynnie i radośnie. To bajka, piękna ale równie nieprawdziwa. Małżeństwo a nawet sam proces do niego prowadzący są zdecydowanie inne i często, a szczególnie w XIX wiek, mnie radosne.

Współcześnie powoli zmienia się spojrzenie na małżeństwo. Nadal dla wielu jest ono ważne. Są i tacy dla których stanowi cel sam w sobie. Jednak zmieniają się jego funkcje. Powoli w społeczeństwie dojrzewa myślenie, że jest to coś co może nam pomóc i że powinno być zawierane z właściwych powodów. Odchodzimy od czysto materialistycznego spojrzenia bo zyskujemy swobodę ekonomiczną i społeczną, która pozwala na czekanie na właściwą osobę, z którą chcemy spędzić resztę życia. Kiedyś, szczególnie w XIX wieku, było zupełnie inaczej. Małżeństwo było stanem do którego się dążyło. Podnosiło ono rangę społeczną, zapewniało bezpieczeństwo finansowe, uwalniało od wstydu. Jednak nie działo się to wszystko od tak.

,,Matrymonium" Alicji Urbanik-Kopeć to kompleksowa analiza całego procesu małżeństwa nieromantyczne. Autorka zaczyna od anonsów prasowych osób poszukujących męża lub żonę, po to by dalej prześledzić motywy jakimi się oni kierują, następnie zagląda do kieszeni i schowków by przeanalizować finanse, wyprawy ślubne i posagi by finalnie dojść do wzajemnych relacji między małżonkami w tak zaangażowanym małżeństwie. Pozornie jest sucho i racjonalnie. Cały proces zawierania małżeństwa został sprowadzony do prozaicznych i suchych kalkulacji. Małżeństwo miało być formą wsparcia. Kobieta wychodziła z domu rodziców by przejść pod kuratele męża, któremu za to sowicie zapłacono. Jednak co gdy nie miała posagu? Musiała sobie na niego zarobić by stać się dla potencjalnego kandydata atrakcyjną.


,,Matrymonium" w pewien sposób szokuje, chociaż nie mówi o niczym z czego nie zdawalibyśmy sobie sprawy. System małżeński był biznesem, transakcją w której nie liczył się człowiek, szczególnie kobieta ale ważne były układy, pieniądze, wartość i pozycja. Niezależnie od warstwy społecznej wszędzie decydujące były inne względy niż tylko czyste uczucie. I zdecydowanie częściej stroną słabszą w tej transakcji była kobieta, która wchodziła nieprzygotowana w zupełnie nowy, przerażający świat. Szokujący jest rozdział mówiący o kształceniu kobiet, które obejmowało abstrakcyjne kwestie a zupełnie odrywało je od tak podstawowych zagadnień jak zarządzanie domem. Po ślubie właściwie kobieta okradana była z pieniędzy jak i godności.

,,Matrymonium" jest bardzo drobiazgową analizą, pokazującą małżeństwo od zupełnie innej strony. Odejście od romantyzmu zdecydowanie pozwoliło pokazać szerszy kontekst i zrozumieć dogłębniej zarówno sam proces jak i czasy i ludzi. Lepiej można zrozumieć drogę jaką przeszliśmy do usamodzielnienia się oraz przede wszystkim emancypancji kobiet czy wyrównywania szans pomiędzy różnymi grupami. Już nie trzeba poprawiać swojej pozycji i czy finansów poprzez małżeństwo. Nie jest to już żadna prosta droga. I bardzo dobrze, bo dzięki temu można znowu zacząć wierzyć w to magiczne ,,i żyli długo i szczęśliwie" :)
 

p.s. WYZWANIE 2023 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu: 94,3 cm - 2,9 cm = 91,4 cm.    

 

wtorek, 14 lutego 2023

,,Hiacynt. PRL wobec homoseksualistów" Remigiusz Ryziński

 


,,Hiacynt" to kryptonim akcji, przeprowadzonej w latach 1985-1987, a której celem byli homoseksualni mężczyźni. Trwała zaledwie kilka dni ale jej konsekwencje mogły być dużo trwalsze. Zatrzymania, kontrole, przesłuchania, przemoc wymierzona w zatrzymanych, próby pozyskania jako TW. A wszystko dlatego, że geje byli uważani za grupę kryminogenną, którą trzeba mieć pod specjalnym nadzorem. Niby gdzieś mimochodem próbowano wspominać o AIDS i ochronie przed zagrożeniem jakie ono niesie ze sobą ale nie zmienia to faktu, że głównym celem akcji była kontrola, upodlenie i stworzenie poczucia nieustannej inwigilacji. Homoseksualiści byli wrogami państwa, społeczeństwa i trzeba było ich trzymać w ryzach. Brzmi jakoś znajomo, prawda?

Remigiusz Ryziński podjął się karkołomnego zadania dotarcia do PRL-owski teczek by dokładnie poznać i przebadać szczegóły akcji ,,Hiacynt". Ale zanim o tym to tworzy tło, kontekst, świat w którym przyszło żyć gejom w PRLu. Szalety, meliny, ciemne zaułki w parku, mrok i zepsucie. Z tym się kojarzyli i właściwie tam zostali zepchnięci. Pozbawieni tożsamości, żyjący w ciągłym poczuciu zagrożenia bo zabić ,,pedała" zdarzało się zbyt często. Najczęściej mordercami okazywali się przypadkowi kochankowie, którzy wcale nie szukali czułości ale okazji do kradzieży. Świat okrutny i bezwzględny, pozbawiony oparcia we władzy bo władza też prześladuje i zastrasza. Donos, albo nawet same podejrzenie, może pozbawić pracy, rodziny, znajomych. I do tego dochodzi jeszcze zmasowana akcja systemowa, której jedynym celem jest mocniejsze dokręcenie śruby, spisanie, zebranie haków i późniejszy szantaż.

Opowieść o ,,Hiacyncie" przeraża i denerwuje. Przeraża bo porażający jest rozmiar biurokracji, systemowych działań wymierzony w ludzi, którzy właściwie niczemu nie są winni. Byli prześladowani, szczuci, inwigilowani, pozbawieni praw i ochrony. Denerwuje bo ta opowieść ma ogromny potencjał a wyszła chaotyczna masa, w której czytelnik gubi się w natłoku niepotrzebnych detali, nazwisk pomiędzy którymi autor skacze, faktów i zdarzeń. Trzeba dużo skupienia aby zrozumieć ciąg zdarzeń i wyciągnąć właściwe wnioski. Dopiero kalendarium na końcu wszystko porządkuje więc sugeruje zacząć od niego a potem próbować sobie układać to co działo się w trakcie właściwej akcji ,,Hiacynt".

Nie zmienia to jednak faktu, że jest to książka ważna i wyciągająca na światło dzienne bolesne epizody z historii najnowszej - moment gdy państwo obraca się przeciw swoim obywatelom, gdy podejmuje kroki skrajne. To reportaż szokujący, bolesny i (co najstraszniejsze) aktualny. Po ponad trzydziestu latach temat nadal jest aktualny i nie rozwiązany. Zaskakujące jest, że wiele teczek do których autor chciał dotrzeć nie znajduje się w archiwach IPN ale ma opis ,,TAJNE" co budzi podejrzenie, że mogą nadal być w użyciu. Straszne i szokujące. A jaka jest prawda? Dziś na pewno się tego nie dowiemy.

czwartek, 24 listopada 2022

,,Wymazana granica" Tomasz Grzywaczewski


Nie ukrywam tego, że okres Dwudziestolecia Międzywojennego i II Rzeczpospolitej mnie fascynuje. Lubię czytać o tym okresie i często takie właśnie książki wybieram. Jednak dopiero ta uświadomiła mi coś ważnego. Zazwyczaj to po co sięgam koncentruje się wokół centrów takich jak Kraków, Warszawa, Lwów. I w przypadków tych dwóch pierwszych raczej zmiana granic nie wiele zmieniła w społeczeństwie oprócz pewnych społecznych przesunięć. O Lwowie raczej pisze się w duchu nostalgii i poczucia oderwania czegoś co było ważne. Jednak wybuch II wojny światowej a potem radykalne zmiany granic nie były tylko korektą na mapie. Przyniosły ogromne zmiany, o których obecnie zapominamy, szczególnie gdy na Polskę patrzy się z perspektywy miejsc, które ,,zawsze" były polskie, jak np. ja z perspektywy Krakowa i okolic.

Tomasz Grzywaczewski zabiera nas w fascynująca, nostalgiczną i bardzo poruszającą podróż wzdłuż granic II Rzeczpospolitej. Zaczyna na Zachodzie, nad morzem w Dąbkach by posuwać się w kierunku przeciwnym do wskazówek zegara i poszukiwać śladów świata, który znika w drastycznym tempie. Ostatni świadkowie odchodzą a razem z nimi wspomnienia o zupełnie innej rzeczywistości. Wystarczyło osiemdziesiąt lat by zatrzeć ślady materialne ale podskórne animozje, różnice nadal trwają.

Chyba pierwszym skojarzeniem o granicy i II Rzeczpospolitej są Kresy. Odebrane, odcięte, utracone. Jednak autor nie idzie tylko tym tropem. On pokazuje też tereny dodane do Polski. Pokazuje ludzi, którzy tam żyli. Pokazuje także tych co przyszli i tych co odeszli. Jego opowieść to nie tylko Ukraina, Białoruś i Litwa ale także Śląsk, Czechy i Rumunia. Miejsca gdzie przenikały się społeczności, kultury, religie. Miejsca, gdzie ludzie nie byli Polakami, Czechami, Niemcami ale byli ,,stąd". Nowy ład po wojnie nagle ich rozdzielił, dorobił etykiety, kazał się przeprowadzać, emigrować. To opowieść o ranach w społeczeństwach i miejscach, które dopiero teraz powoli się zabliźniają. Jednak to nie jest opowieść smutna czy depresyjna. Ma też momenty gdy z uśmiechem patrzy się na fantazję i kreatywność tych, którzy próbowali jak najlepiej wykorzystać moment dziejowej zawieruchy np. powołując do życia efemeryczne państwo.

,,Wymazana granica" to fascynujący reportaż. Pełen nostalgii i szacunku dla świata, który zniknął. Poszukuje odpowiedzi i wskazówek aby zachować pamięć o ludziach, miejscach, zdarzeniach. Pokazuje świat, który się zmieniał, dostosowywał i nadal próbuje dopasować się do współczesności. To świat gdzie niekoniecznie da się prosto określić przynależność narodową. I chyba, najbardziej poruszające i chwytające za serce są głosy tych, który widzieli, doświadczyli, pamiętają a których może już osobiście nie ma a ta publikacja zachowała ich pamięć na zawsze. Polecam!

p.s. WYZWANIE 2022 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu:  7,5 m - 2,9 cm =4,6 cm.     

 

niedziela, 25 września 2022

,,Chodząc w Tatry" Kuba Szpilka


 ,,Chodząc w Tatry" to książka bardzo kameralna. Taka, która nie potrzebuje rozgłosu bo nie do każdego trafi. To, książka króciutka ale którą można czytać latami. To zbiór myśli, refleksji, wspomnień i przemyśleń rodzących się przez lata w trakcie górskich wędrówek.

Kuba Szpilka próbuje pokazać, opisać słowami to co dla wielu jest oczywiste jak oddychanie. Co właściwie znaczy przemierzać Tatry. Zaczyna od postaw, przybliża terminologię, mówi o historii, o szlakach i ludziach. Ale to zaledwie punkt wyjścia do dużo głębszej i bardziej uniwersalnej refleksji. Bo wędrówki po tatrzańskich szlakach to nie spacer po parku. To styl życia, rozbudowana kultura oraz przestrzeń, która jak nikt pokazuje prawdziwe oblicze człowieka. Obecnie modne stało się chodzenie po górach ale taki instagramowy obrazek znacznie odbiega od tego co pokazuje Szpilka. Dla niego Tatry to nie fotka na social media ale przeżycia, przemyślenia, doświadczenia i przede wszystkim czas z samym sobą. Bardzo pięknie i prosto próbuje to pokazać. Jego króciutkie filozoficzno-antropologiczne eseje przesycone są zachwytem nad pięknem gór ale nostalgią, za czasami, które minęły. Nie udało się też uniknąć ziarna goryczy nad tym co się zmienia, co idzie ku gorszemu oraz niepokoju o przyszłość Tatr.

,,Chodząc w Tatry" to pozycja dla każdego. I dla doświadczonego tatrzańskiego wędrowca - on może znaleźć odbicie swoich myśli, obaw, zachwytów. Ale także dla tych, który dopiero chcieli zacząć swoją przygodę z Tatrami. Nie jest to przewodnik turystyczny ale w pewien sposób przewodnik duchowy, uwrażliwiający na magiczny, wyjątkowy świat, do którego się wchodzi przekraczając bramy Tatrzańskiego Parku Narodowego. Polecam!

wtorek, 12 lipca 2022

,,W ciemnej dolinie. Rodzinna tragedia i tajemnica schizofrenii" Robert Kolker


Tytuł oryginału: Hidden Valley Road: Inside the Mind of an American Family

 Schizofrenia to choroba psychiczna, o której nadal, mimo postępu medycyny, nie wiele wiadomo. Sprecyzowano zespół objawów, które są dla niej charakterystyczne, określono w pewien sposób przebieg ale nadal jest więcej pytań niż odpowiedzi. Jednak dzięki zaangażowaniu naukowców oraz jednej wyjątkowej rodzinie, naznaczonej ogromną tragedią, udało się zrobić znaczący krok do przodu i wskazać bardzo istotny kierunek badań.

,,W ciemnej dolinie" to zapis poruszającej, tragicznej historii rodzinnej, rozciągniętej na ponad sześćdziesiąt lat. Mimi i Don Galvinowie praktycznie od początku swojego małżeństwa, chcieli posiadać dużą rodzinę. Czy zdawali sobie sprawę jakie to niesie konsekwencje? Chyba nie. Doczekali się dwanaściorga dzieci - dziesięciu chłopców i dwóch dziewczynek. Zapanowanie nad tak potężną gromadką zdrowych dzieci jest wyzwanie, natomiast gdy zaczynają się pojawiać się niepokojące objawy - może stać się zadaniem przerastającym siły niejednego. Najpierw zachorował Donald - najstarszy. Potem objawy zaburzeń psychicznych, finalnie zdiagnozowanych jako schizofrenia dotknęły pięciu następnych synów. Choroba rozwijała się w różnym stopniu. Żadnego z nich nie dotknęła w taki sam sposób. Pozostali członkowie rodziny, chociaż zdrowi, także zostali dotknięci chorobą, która odcisnęła na nich trwałe piętno. Każdy inaczej próbował sobie poradzić ze świadomością tego co dzieje się z najbliższymi i jak  bardzo wpływa to na rozpad rodziny. Tak jak to w życiu bywa. Tragedia jednych okazała się szansą dla innych. Galvinowie okazali się idealnym materiałem do badań - duża rodzina, w której połowa zachowała. Naturalny podział na grupę badawczą i kontrolną. Jednak badania to właściwie finał tej wstrząsającej i tragicznej historii.

Robert Kolker z ogromną wrażliwością i delikatnością podchodzi do tematu. Chce wnikliwie i jak najbardziej dogłębnie zbadać temat, wchodząc w intymne szczegóły życia rodziny Galvinów ale cały czas czuć ogromny szacunek jakim darzy tę rodzinę i próbując zachować ich godność. Jest szczerze, bezpośrednio. Wiele razy wyciąga na światło dzienne trudne, bolesne wspomnienia. Rozdrapuje stare rany ale nie osądza. Nie próbuje szokować ani szukać taniej sensacji. Zdaje sobie sprawę, że reportaż, który pisze ma pomóc innym. Nagłośnić temat i go oswoić. Ma pomóc innym, nawet jeśli dla samym Galvinów nie da się już wiele zrobić. To zapis dramatu, który rozgrywał się przez wiele lat za zamkniętymi drzwiami domu, gdzie jedne problemy były bagatelizowane a inne nie właściwie oceniane. Zaowocowało to cierpieniem, obok którego nawet teraz trudno przejść obojętnie. To poraża i na długo nie daje o sobie zapomnieć. Polecam!

wtorek, 8 marca 2022

,,Szatan w naszym domu" Lawrence Wright

 Tytuł oryginału: Remembering Satan

Na wstępie przyznam, że miałam momenty kiedy czułam się przytłoczona tym reportażem. Ogrom zła jest niewyobrażalny i chociaż wniosek finalny jest zaskakujący, to nie zmienia to faktu, że przedarcie się przez całą dokumentację, zapis wydarzeń jakie rozegrały się w 1988 w małym miasteczku w Stanach Zjednoczonych może wprawić w szok nie jednego.

W 1988 dwie córki oskarżyły Paula Ingrama, zastępcę szeryfa i raczej spokojnego przedstawiciela lokalnej społeczności,  o wykorzystywanie seksualne. To co początkowo wydawało się być rodzinnym dramatem nagle nabiera znacznie poważniejszego. Wykorzystywanie seksualne nieletnich (co samo w sobie jest niewyobrażalną zbrodnią) nagle, na podstawie coraz to rusz pojawiających się nowych wątków, staje się zbrodnią satanistyczną, w którą mają być zaangażowani czołowi przedstawiciele lokalnej społeczności. Zeznania kolejnych świadków wypełniają się nagle przywracanymi a wcześniej wypartymi wspomnieniami. W domu Ingramów przez kilka lat miało dochodzić do obrzędów satanistycznych, orgii seksualnych, przemocy czy nawet morderstw. Zeznania szokują, rozbudzają wyobraźnię postronnych ale czy naprawdę oddają to co się wydarzyło? Bo kluczowe pytanie brzmi co dokładnie działo się w domu Ingramów?

,,Szatan w naszym domu" nie jest lekturą łatwą. Jest przytłaczająca, szokująca i nieprawdopodobna. Czytelnikowi cały czas towarzyszy poczucie, jak, do cholery, takie rzeczy mogły rozgrywać się u progu XX wieku w zwyczajnym miasteczku? Czy rzeczywiście ludzie są zdolni do zapomnienia o okrucieństwach jakie popełnili? Czy wszystkie te wydarzenia naprawdę miały miejsce czy po prostu są manipulacją i uleganiem wpływom i sugestiom? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Autor sugeruje na podstawie zgromadzonego materiału i wiedzy psychologiczno-kryminalnej rozwiązanie ale czy jest ono odbiciem rzeczywistości? Pewne jest, że w rodzinie Ingramów rozegrał się dramat, który został rozdmuchany na skalę krajową a dodatkowo wpisał się w panikę, jaka zapanował w Stanach. Umocnienie ruchów religijnych, upadek komunizmu spowodował poszukiwanie nowego wroga i szukanie diabła na każdym kroku. Ogromną rolę w całym procesie odegrało także to co kryje i jak pracuje ludzki umysł. Wspomnienia, które można wyprzeć ze świadomości a potem za pomocą terapii do nich powrócić.

Nie da się na chłodno podejść do tego reportażu. Z jednej strony jest szokujący i przerażający, z drugiej fascynuje to jak skomplikowane i niejednoznaczne są ludzkie zeznania i wspomnienia. Ciekawi proces dochodzenia do rozwiązania (bo trudno tutaj mówić o prawdzie) i przeraża jak wiele osób zupełnie niepotrzebnie musiało stawić czoła rzeczom, na które nie byli gotowi. Ale z pewnością jest to reportaż wokół którego nie można przejść obojętnie. Warto przeczytać, zastanowić się i spróbować się z mierzyć z faktami, które przedstawia. Jest to szczególnie ważne, gdy panuje dezinformacja i łatwo wprowadzić całe kraje w stan paniki. A tutaj na lokalnym przykładzie widać jak funkcjonuje manipulacja, uleganie sugestiom, jak można łatwo wywołać panikę. Polecam!

wtorek, 14 grudnia 2021

,,Śladami Steinbecka" Geert Mak

 

Tytuł oryginału: Reizen zonder John: op zoek naar Amerika

Parę lat temu czytałam i zachwycałam się ,,Podróżami z Charleyem" - zapiskom Johna Steinbecka z jego wielkiej wyprawy po Stanach Zjednoczonych A.D. 1960. Wtedy uderzyło mnie spojrzenie na kraj i ludzi - ich problemy, poglądy, sytuację społeczną. Wydawało mi się, że jest to opowieść żywa i uniwersalna. Jak widać, nadal żywa bo po ponad półwieczu nadal fascynuje i rozbudza wyobraźnię. Pięćdziesiąt lat później, w 2010 roku, holenderski pisarz i dziennikarz Geert Mak wsiada w wynajęty samochód i rusza śladami amerykańskiego noblisty w poszukiwaniu Ameryki - zarówno tej z opisów Steinbecka, jak i tej współczesnej i historycznej.

Chyba pierwszym szokiem jest fakt, że opowieść Steinbecka nie jest reportażem ani relacją z drogi, za jaką chciałaby uchodzić. Bo chociaż podróż rzeczywiście miała miejsce to jej zapis w takim samym stopniu jest fikcją literacką jak prawdą. Steibeck miesza ze sobą dwa światy tak aby mógł z nich powstać jeden, atrakcyjny dla czytelnika. Sam był już starszym, schorowanym człowiekiem, który za wszelką cenę próbuje uciec przed czasem i rzeczywistością. Próbuje się schować za wykreowaną fikcją i uchodzić za kogoś lepszego, posiadającego więcej sił, wigoru, nadal zachować młodość. Dlatego misternie tuszuje w ,,Podróżach ..." swoją słabość, bezsilność i bezczelnie wykorzystuje w tym celu narzędzie jakim jest fikcja literacka.

Geert Mak idzie śladami Steibecka, odkrywa jego machloje i manipulacje ale ma równocześnie dla niego dużo wyrozumiałości i sentymentu. Bo dla niego wielka wyprawa Steinbecka jest zaledwie wstępem do spojrzenia na współczesną Amerykę i Amerykanów. Obiera dokładnie ten sam kierunek co autor ,,Gron gniewu" ale sięga głębiej. Konfrontuje rzeczywistość, współczesność z historią i stereotypami. Jego opowieść to wnikliwe studium sięgające zdecydowanie głębiej niż to co widać gołym okiem. Mak nie tylko opisuje miejsca i ludzi, on z patrzy na Amerykanów wnikliwym okiem Europejczyka i próbuje dotrzeć do źródeł. Mówi dużo o polityce, społeczeństwie, religijności, podziałach społecznych, rolach poszczególnych grup, rozłożeniu ciężarów w debatach publicznych, wojnach, katastrofach, ekonomii i ekologii. Jego wędrówka miała miejsce w okresie dosyć specyficznym bo tuż po kryzysie roku 2008. Stany wtedy były dosyć mocno doświadczone. Oberwało się gospodarce i ekonomii i dopiero zaczęli podnosić. To moment walki o ObamaCare. Z pewnością zupełnie inna rzeczywistość w stosunku do tego dzieje się obecnie.

Geert Mak rozkłada wiele problemów Stanów na czynniki pierwsze i pozwala je lepiej zrozumieć. Jest przystępny i zrozumiały. Jego opowieść to właściwie gawęda o wielkim pisarzu a także kraju z które pochodził. O historii ale i teraźniejszości. O zmianach jakie zaszły i o tym co pozostało niezmienne. To opowieść, która daje do myślenia i otwiera oczy. Polecam!

niedziela, 17 października 2021

,,Zombie" Wojciech Chmielarz

 


Gliwicach zostają odnalezione zwłoki nastolatka. Prokurator Adam Górnik jest pewien, że właśnie nadszedł ten dzień. Wreszcie, po prawie dwudziestu latach, ktoś odkrył ciało szkolnego prześladowcy ,,Korsarza", którego on zabił, gdy miał 15 lat. Górnik ma już wszystko zaplanowane, jak pokieruje śledztwem, żeby spokojnie odłożyć je na półkę z przedawnionymi sprawami. Jakże ogromny będzie jego szok, gdy na miejscu zamiast dwudziestoletnich szczątków chłopca, znajdzie zmasakrowane ciało kilkunastoletniej dziewczynki. Zaraz potem odbierze przerażający telefon. ,,Korsarz" wrócił i jest żądny zemsty. Tylko czy rzeczywiście to jest zabity nastolatek sprzed lat czy ktoś kto się pod niego podszywa. Górnik zmusza Wolskiego do pomocy i razem zaczynają grę z bezwzględnym i zdecydowanym na wszystko mordercą, który nie poprzestanie tylko na jednej zbrodni.

,,Zombie" to drugi tom cyklu gliwickiego. Tom pełen brutalności, bezwzględności, czystego zła w skumulowanego w ludziach. Tutaj nie ma podziału na dobrych i złych, prawda nie walczy z kłamstwem. Biel wymieszała się z czernią tworząc brudną papkę, w której nurzają się bohaterowie. Nikt nie jest bez winy i każdy tak lawiruje by osiągnąć własne cele. Pościg za mordercą także nie jest walką o bezpieczeństwo czy zwalczaniem nieprawości, jest tylko metodą by ukryć swoje winy. Chmielarz wywraca do góry nogami etos, jaki normalnie znamy. I nawet nie próbuje usprawiedliwiać czy wybielać swoich bohaterów. Pokazuje ich takimi jakimi są - małymi, podłymi kreaturami, za wszelką cenę dążącymi do swoich celów. Nie, nie można czuć do nich sympatii ale jednak się im kibicuje, jednak z nimi brnie się przez bagno by na koniec... no właśnie, co? Otrzymać nagrodę? Ponieść klęskę? Znaleźć rozwiązanie i z dumą powiedzieć, że dobro zatriumfowało? Czy ze łzami przyznać że nic tam nie ma? A może wzruszyć ramionami i iść dalej? W przypadku takich bohaterów każde rozwiązanie jest równie prawdopodobne. Ale to już samemu trzeba sprawdzić.

p.s. WYZWANIE 2021 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu: 28,9 cm - 3,7 cm = 25,2  cm.     

poniedziałek, 30 sierpnia 2021

,,Cyrk polski" Dawid Krawczyk

 

Sezon 2019/2020 był zdecydowanie jednym najgorętszych w ciągu ostatnich lat w polskiej polityce. W przeciągu dwunastu miesięcy miały miejsce trzy duże, znaczące kampanie polityczne: do parlamentu europejskiego, Sejmu i Senatu i kończąca, rozgrywająca się w cieniu pandemii, prezydencka. Wszystkie miały ogromne znaczenie dla partii rządzącej i opozycji oraz bardzo dużo powiedziały o nastrojach jakie panują wśród Polaków.

Zaczęło się niewinnie od kampanii do Parlamentu UE. Wtedy jeszcze można było obserwować typowe przepychanki na linii PiS - opozycja. Jedni obiecywali dużo, drudzy straszyli. Nic niezwykłego i chyba to był przykład standardowej nudnej, kampanii, której jednak PiS nie wygrał taką przewagą jakiej oczekiwał. Kampania parlamentarna, to już trochę inny obraz, bardziej agresywny ale to nic w porównaniu do czego doszło w starciu Duda-Trzaskowski. Wzajemne oskarżenia, ataki na mniejszości i budowania poparcia na nienawiści pomiędzy Polakami.

Dawid Krawczyk podróżował z różnymi sztabami w trakcie tych trzech kampanii po Polsce. Rozmawiał z ludźmi przychodzącymi na wiece. Obserwował kandydatów i sztaby. No i za dużo z tego nie wyniósł. Jego reportaż ma potencjał, który częściowo zostaje zmarnowany. Sucha relacja zagłusza emocje. Kampanie z jego relacji są typowe, nudne i pozbawione iskry. A chyba od dawna zdajemy sobie sprawę, że polityka jest pełna absurdów. Tutaj jest ich jednak mało w porównaniu nawet to typowego posiedzenia. Brakuje tego wszystkiego co pamiętamy z doniesień medialnych a co pozwala jednoznacznie powiedzieć, że rozgrywał się ,,cyrk". Trzeba oddać Krawczykowi, że stara się być bezstronny i wszystkich pokazywać obiektywnie. Jest chociaż przez chwilę z każdą partią, każdym ważniejszym kandydatem na prezydenta. Rozmawia ze zwolennikami i przeciwnikami ale nie są to rozmowy wiele wnoszące i pokazujące co dokładnie decyduje o wyborze. Raczej pokazuje to co z czego zdajemy sobie sprawę, że mało znamy się realnie na władzy a o wygranej decyduje szum jakiego narobi się w kampanii.

,,Cyrk polski" jest poprawnym reportażem, obiektywnym i momentami nudnym. Wydaje mi się, że został trochę przytłoczony ogromem tematu i obawą, żeby nie ,,przegiąć". Kto choć trochę orientuje się w polskiej polityce to wie, że politycy sami bardzo dobrze dbają o to by miano ,,cyrk polski" nie znikało i naprawdę nie trzeba było tego aż tak łagodzić. Może za jakiś czas gdy emocje opadną, zmienią się nastroje i wszystkie te kampanie odejdą w zapomnienie inaczej będzie się odbierać książkę. Póki co mocno przeciętna.

czwartek, 8 kwietnia 2021

,,Miła robótka" Ewa Stusińska

 


Chyba nie ma w tym żadnej przesady jeśli powiem, że lata 90-te to okres niesamowity. Zachłyśnięcie się wolnością, otwarcie na nowości, ciągłe zmiany i cały ocean możliwości. Nagle w Polsce były dostępne rzeczy, o których wcześniej nie było co marzyć. Dobre i złe, mądre i głupie, pobudzające do rozwoju i te znajdujące się na zupełnie przeciwnym biegunie jak świerszyki, porno na video czy harlekiny.

,,Miła robótka" to praca, w której autorka przygląda się społecznemu odbiorowi pornografii i erotyki. Po 1989 roku, gdy zniesiono urzędową cenzurę nagle prasa, czasopisma, książki i filmy związane z seksem stały się ogólnodostępne. Zaskakujące jest to, że początkowo ich obrót i sprzedaż wcale nie były powiązane z żadnym tabu społecznym. Funkcjonowały zupełnie normalnie na bazarach, w wypożyczalniach i kioskach. Polacy oswajali się z pornografią i próbowali zrozumieć o co dokładnie w niej chodzi. Lata 90-te to okres gdy wychodziło najwięcej pism erotyczny, okres najbardziej ,,szalonej inwazji" wydawnictwa Harlequin z ich powieściami skierowanymi do stricte do kobiet i rozkwit już nieistniejącego wydawnictwa Phantom Press. Okres szalony, niejednoznaczny ale stanowiący idealną przestrzeń dla badacza.

Patrząc na Polskę lat 90-tych z perspektywy porno można wiele dowiedzieć się o nas jako społeczeństwie. Po szale eksperymentowania, ciekawości oczywiście przyszedł czas zaprzeczenia i drastycznego odcięcia się. Czas wolności minął, nastąpiła ,,wojna o kioski" a w jej konsekwencji znowu pojawiły się pomysły jak wprowadzić cenzurę i przywrócić społeczeństwo na drogę moralności i cnoty. I pewnie to wszystko miałby jakiś sens gdyby nie skok technologiczny jaki nastąpił z szerokim upowszechnieniem się internetu.

Czytałam ,,Miłą robótkę" z ogromnym zaciekawieniem. Zupełnie inaczej patrzy się na Polskę z takiej właśnie strony. Bez patosu, gloryfikacji. Nasze społeczeństwo pokazuje swoje mniej pruderyjne a bardziej ciekawskie oblicze. Okazuje się, że na każdej półce z kasetami video stała ta oglądana tylko gdy dzieci poszły spać. Gdzieś po szafach walały się gazety, gdzie kobiety nie prezentowały najnowszych trendów w modzie, a harlekiny stały wyeksponowane na meblościance. Zupełnie inne czasy, zupełnie inne spojrzenie.

czwartek, 19 listopada 2020

,,Wyhoduj sobie wolność" Maria Hawranek, Szymon Opryszek

 
Przyznam otwarcie, że Urugwaj jest tym krajem Ameryki Południowej, z którym nie mam żadnych skojarzeń. Argentyna, Chile, Brazylia, Boliwia, Peru, Wenezuela, Kolumbia, Meksyk, o każdym z wymienionych mogę coś powiedzieć, chciałabym tam się znaleźć, chciałabym je przemierzyć. Urugwaj wciśnięty pomiędzy Argentynę i Brazylię wydaje się być przytłoczony przez bardziej znanych sąsiadów a przez to istniejący trochę w ich cieniu. A to bardzo błędne myślenie. Urugwaj to państwo zaskakujące, inne w kontekście całej Ameryki Południowej i dzięki temu jeszcze bardziej fascynujące.

Urugwaj to państwo fascynujące, pełne kontrastów i zaskakujące. Jako jedyne państwo w Ameryce Południowej zdecydowało się przyjąć uchodźców z Syrii, pomimo tego, że samo mierzy się z ogromem własnych problemów. Jest państwem oficjalnie głoszącym swoją świeckość, gdy cały kontynent raczej kojarzony jest z mocnym przywiązaniem do wiary chrześcijańskiej. Miał prezydenta, który 90% swojej pensji oddawał na cele charytatywne. Urugwaj nie uląkł się gdy potężny koncern nikotynowy wytoczył mu proces. Wręcz przeciwnie - odważnie stanął do sądowej walki o to by dać mieszkańcom prawo do życia bez nikotyny. Równocześnie, jako jedno z pierwszych państw na świecie zalegalizował marihuanę. Tak, to kraj paradoksów i zaskoczeń. Kraj, który chce się odkrywać i dowiadywać się o nim coraz więcej.

,,Wyhoduj sobie wolność" to zbiór wciągających reportaży. Każdy jest inny, każdy poświęcony innemu tematowi ale wszystkie łączy przebijający się temat wolności: ekonomicznej, politycznej, religijnej, światopoglądowej. Czasem jest jej więcej, czasem jest skierowana w zupełnie błędną stronę ale Urugwajczycy mają w pewien sposób jej poczucie i z niej korzystają. Chociaż niektóre z poruszanych zagadnień jest trudne, bolesne to jednak przebija z nich nadzieja, optymizm i jakiś spokój. Bo taki właśnie jest Urugwaj - spokojny w swym chaosie, może przez to mniej tam charakterystycznej latynoskiej ekspresyjności i egzotyki ale z pewnością nie jest mnie fascynujący i godny zachwytu. Polecam! 

 p.s. WYZWANIE 2020 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu: 66,2 cm - 2,4  cm = 63,8 cm.

poniedziałek, 27 lipca 2020

,,Lem. Życie nie z tej ziemi" Wojciech Orliński

Wydawać by się mogło, że wszystko o wszystkich wiemy. Śledzimy publikacje, czytamy wywiady, obserwujemy działalność. Patrzymy, obserwujemy i jesteśmy pewni, że nic nas nie zaskoczy. Im ktoś popularniejszy, szerzej znany tym swobodniej dzielimy się opiniami bo tak z pewnością jest. Co jednak gdy ten ktoś niewiele mówi bezpośrednio? I co gdy to co mówi nie jest dokładnie tym co chce przekazać?

Wojciech Orliński podjął się karkołomnego zadania zbadania a potem stworzenia jednej spójnej biografii najpopularniejszego polskiego pisarza science fiction Stanisława Lema. Zadanie to jest o tyle trudne, że losy Lema kryją w sobie wiele zagadek, wiele miejsc i zdarzeń, do których sam Lem nie wracał i o których nigdy nie chciał mówić. Całe jego dzieciństwo i młodość nikną w mroku dziejów. Bolesne i traumatyczne doświadczenia związane z okresem II wojny światowej to okres, o którym bardzo mało wiadomo. Można się jedynie snuć domysły na podstawie skrawków wspomnień wplatanych jako aluzje do kolejnych powieści.

Orliński sprawnie je wychwytuje i pokazuje co mogło dziać się w życiu Lema. Jako biograf jest dociekliwy, wnikliwy, skupiony na swoim bohaterze ale i całkiem nieźle go rozumiejący. Dzięki czemu powstaje niezwykła opowieść o człowieku, który wyprzedził swoje czasy. Człowieku, który lepiej rozumiał świat technologii jaki się rodził aniżeli jego twórcy. Nie jest to jednak nudna opowieść o książkach i życiu. To biografia tętniąca życiem, pełna niewypowiedzianej trwogi lat wojennej okupacji a potem przepełniona absurdami PRL-u. To opowieść o autentycznych ludziach, pełna ich problemów, trosk, marzeń. Czyta się to wszystko z zapartym tchem a przez to zupełnie inaczej patrzy się na dzieła Mistrza Lema. Sama nie należę do jego fanów, nie przemawia do mnie futurologia ale teraz pod warstwą fantastyki mogę dostrzec coś zupełnie nowego, nowe spojrzenie, ukryte znaczenia. Ubrany w szaty nieokreślonej przyszłości współczesny świat.

,,Lem. Życie nie z tej ziemi" to pozycja obowiązkowa, nie tylko dla wszystkich fanów Lema ale przede wszystkim dla wszystkich zainteresowanych książkami, literaturą i rozwojem literatury czy historią. Nie tylko skupia się na biografii pisarza ale zakreśla znacznie szerszy kontekst, pokazuje świat, który odszedł już w przeszłość ale i dużo wyjaśnia, pozwalając zerknąć za zasłonę historii i zrozumieć jak pracował Mistrz. Orliński wykazał się ogromnym szacunkiem i z każdej strony wręcz bije zachwyt i podziw dla Stanisława Lema, nie przeszkadza jednak to mu w byciu obiektywnym i w uporczywym dążeniu do prawdy. Polecam!

p.s. WYZWANIE 2020 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu: 106,0 cm - 3,1 cm = 102,9 cm.

poniedziałek, 26 sierpnia 2019

,,Długi taniec za kurtyną" Grzegorz Szymanik, Julia Wizowska


Armii Radzieckiej nie ma już w Polsce od ponad ćwierćwiecza. Długo? Na pewno szmat czasu ale jeśli pomyśli się, że stacjonowała ona w naszych granicach pół wieku, to wszystko nabiera nowej perspektywy. Pół wieku, które tysiące radzieckich żołnierzy spędziło najpierw jako okupant po wkroczeniu 17 września 1939 roku, potem jako nie do końca przyjaźnie widziany sojusznik. Taki długi okres czasu oraz ogrom siły ludzkiej musi pozostawić po sobie niezatarty ślad czy to w fizycznej rzeczywistości czy też w mentalności i psychice ludzi. To, że materiał na podstawie, którego można snuć opowieści i przywoływać wiele wydawałoby się niezapomnianych, niezatartych (zarówno w negatywnym jak i pozytywnym sensie) historii.

Autorzy wyciągnęli kilka historii, trochę obrazów i złożyli je w jedną całość, która ma stanowić jakiś wycinek z tego co działo się od 1939 aż do wycofania wojsk w 1991 roku. Ich historie to migawki, porwane urywki, mówiące o wszystkim i tak naprawdę o niczym. Jest trochę o grupie artystycznej, o gwałtach, o wypadkach powodowanych przez wojsko, o życiu w jednostce, kradzieżach, handlu.. Jest i o tym co dzieje się z zabudową, szczególnie z obiektami w Bornem Sulimowie. Dużo tego, dużo tematów ale wszystkie są powierzchowne, zaledwie nakreślone, trudno przez nie zobaczyć całokształt jakim powinno być stacjonowanie wojsk.

Fakt, może autorzy chcieli zachować obiektywizm: pokazywać, nie oceniać; uczyć, nie pouczać; zachować od zapomnienia ale ja czuje niedosyt. Lubię gdy w reportażu wiele, pozornie odległych wizji zaczyna się splatać by mógł się na koniec wyłonić konkretny kształt. Tutaj tego nie ma, chaos pozostał chaosem a ja nadal mam poczucie, że nic o tym okresie nie wiem. Rozumiem, że temat trudny bo wiele materiałów zaginęło lub zostało zniszczone, a pamięć ludzka ulotna i teraz każdy zupełnie inaczej ocenia to co się wtedy działo. Chyba można było to opowiedzieć tak aby przybliżyć jak najwięcej faktów a równocześnie nie zabijając opowieści.