wtorek, 23 października 2018

,,Urobieni" Marek Szymaniak


Nie jestem zbyt obiektywna jeśli chodzi o taki tym reportaży. Sama miałam trochę szczęścia w życiu i nie narzekam na swoją pracę czy zarobki. Nie znaczy to, że zarabiam tyle, że nie mam żadnych zmartwień. Jest ok ale wiem, że jakiekolwiek wahnięcie gospodarki czy załamanie mojego zdrowia czy jakikolwiek inny przypadek może sprawić, że wylecę z hukiem z mojej bańki pozornego spokoju. Mam też mnóstwo znajomych i krewnych, którzy pracują w różnych innych branżach i doskonale zdaję sobie sprawę, że to że mam punktualnie wypłatę, urlop oraz spokojnie mogę wyjść po ośmiu godzinach jest sporym sukcesem, który choć powinien być czymś oczywistym dla wielu ludzi nie jest.

Zdaję sobie sprawę, że nasz rynek sprawy jest niesprawiedliwy, wykorzystuje słabszych - i nie chodzi mi tu wcale o ludzi mniej zaradnych czy w jakiś sposób ograniczonych. Słabszym jest każdy kto zaczyna pracę i nie ma za sobą jakichś unikalnych umiejętności. A to chyba większość. Pracodawca wykorzystuje pracownika bo przecież na jego miejsce stoi 20 innych, zdolnych pracować więcej za mniej. To zawsze przypomina mi o mocnych scenach z ,,Gron Gniewu" Steinbecka, którzy opisał sytuację z czasu Wielkiego Kryzysu w Stanach Zjednoczonych.

Gdy czytałam w reportażu o sytuacji pań sprzątających, ochroniarzy, serwisów call center, pracowników hipermarketów to szlag mnie trafiał. Chyba dla każdego polityka, który w kampanii wyborczej rzuci hasło ,,Taniego państwa" lektura reportażu M.Szymaniaka  oraz ,,Gron Gniewu" powinna być lekturą obowiązkową. Dopiero gdy się uwypukli i naświetli całość to widać, że nie jest dobrze. Widać, że każde oszczędności zawsze w pierwszej kolejności zaczynają się do ludzi. Pierwszy pomysł - obciąć pensje i dać umowę na zlecenie. I nikt nie zastanowi się jak ten hipotetyczny Kowalski ma za to przeżyć, opłacić rachunki.

I mimo, że ogólnie wydźwięk reportażu jest pesymistyczny to sama gdzieś powoli w swoim środowisku obserwuje niewielki zmiany. W wielu sektorach zaczyna brakować pracowników i to oni zaczynają mieć głos. Czasem niewielkie doświadczenie i chęć do pracy stają się pierwszym krokiem do poprawy. Wiem, że jest to zaledwie promyk i może jeszcze dla wielu niewidoczny ale daje nadzieję, że kiedyś i w Polsce będzie normalnie i większość będzie w stanie żyć spokojnie nie martwiąc się o przyszłość. Co nie oznacza, że reportaż Szymaniaka nie jest potrzebny. Jest ważnym i dobitnym głosem w ogólnokrajowej dyskusji, którą trzeba zacząć. Ważne, że ktoś zobaczył człowieka w całym procesie pracy a nie tylko wynik finansowy. 

 p.s. WYZWANIE 2018 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu: 17,4 cm - 1,8 cm = 15,6 cm.

niedziela, 21 października 2018

,,Wystrzałowa dziewiątka" Janet Evanovich

 Tytuł oryginału: To The Nines

Uwaga! Nie wybuchł ani jeden samochód! Poważnie! Wszystkie całe! Ale za to czterech współpracowników zostało poturbowanych! Ależ gdzie tam?! 

Stephanie Plum nie miała z tym nic wspólnego. Ona tylko realizowała swoje cele zawodowe. Tym razem o dziwo nie miała odnaleźć niestawiającego się NSA ale Hindusa, któremu kończy się wiza pracownicza i który rozpływa się nagle w powietrzu. Standardem jest, że nawet proste zadanie w przypadku panny Plum staje się skomplikowane a gdy dodamy jeszcze do tego psychopatycznego adoratora wysyłającego kwiaty, szaloną wyprawę do Las Vegas, Lulę na diecie, skomplikowaną sytuację domową rodziny Plum oraz pełne napięcia orbitowanie w przestrzeni Morelli - Komandos to możemy być pewni, że nuda nam nie grozi.

Evanovich rozwaliła system tym tomem. Idealnie wymierzyła dawkę humoru (ogromna!), sensacji (sporo!), romantycznych sytuacji z Morellim w roli głównej (idealnie!) oraz zmysłowego magnetyzmu w relacji z Komandosem (więcej!). Dzięki temu postała szałowa, zabawna, pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji i nie podobna do niczego powieść, która zapewnia przyjemne i odprężające spędzenie czasu w niedzielne popołudnie. Autorka prezentuje najwyższą formę i nie jestem pewna czy można utrzymać tak wysoki poziom na dłużej. Ja jestem usatysfakcjonowana i wszystko mnie boli od śmiechu. Polecam!

 p.s. WYZWANIE 2018 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu: 20,2 cm - 2,8 cm = 17,4 cm.

,,Ostatnia noc jej życia" Maureen Jennings

Tytuł oryginału: Except The Dying

Nie będzie chyba dużym zaskoczeniem, że uwielbiam wszelkiego typu kryminały retro. Dlatego z tym większą przyjemnością dokładam do listy przeczytanych pierwszy tom serii przygód kanadyjskiego detektywa Williama Murdocha.

Zimowe Toronto końca XIX wieku. Na ulicy zostają znalezione zwłoki młodej kobiety, jak się szybko okazuje służącej z zamożnego domu. Nikt nie wie dlaczego młoda kobieta opuściła rezydencje i dokąd chciała się udać. Wręcz przeciwnie, wydaje się, że każda osoba z którą rozmawia detektyw Murdoch, stara się jak najbardziej zaciemnić śledztwo i ukryć jak najwięcej szczegółów. Zaczyna się mozolne, bardzo dokładne zbieranie poszlak, wskazówek oraz przedzieranie się przez niedopowiedzenia by dotrzeć do prawdy.

,,Ostatnia noc jej życia" to bardzo klimatyczny kryminał. Autorka umiejętnie odmalowuje tło, kreśli bardzo realistyczny obraz miasta, przepełnionego biedą, gdzie ludzie chwytają się każdych możliwych sposobów by przeżyć. Pośród całej gamy barwnych indywiduów lawiruje Murdoch - bardzo nieszablonowy śledczy, z jednej strony oddany swojej pracy ale równocześnie potrafiący przymknąć oko, by nie krzywdzić już i tak tych pokrzywdzonych. Cechuje go drobiazgowość oraz upór w dążeniu do poznania odpowiedzi. Sprawa, która mu obecnie przypadła także nie jest oczywista. Pozwala mieszać się środowiskom, wywleka na światło dzienne wiele mrocznych, skandalicznych szczegółów, może zranić postronnych. Murdoch jednak tak ją prowadzi aby zapewnić jak największy szacunek i ochroną tym, którzy jej potrzebują.

Zatonęłam w klimacie, nastroju oraz samej zagadce. Z pewnością jeszcze nie raz wrócę do detektywa Murdocha. Polecam!

 p.s. WYZWANIE 2018 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu: 22,6 cm - 2,4 cm = 20,2 cm.

czwartek, 18 października 2018

,,Lissy" Luca D'Andrea

 Tytuł oryginału: Lissy

Marlene, młoda kobieta, nagle i bez uprzedzenia porzuca bogatego męża i dostatni dom. Zamiast tego decyduje się na szaloną wyprawę przez Alpy w nieznane. W krok za nią rusza nasłany przez męża zabójca. Ma ją wytropić i zabić. Marlene jednak nie dociera tam gdzie chciała, rozbija samochód, tylko przypadek sprawia, że nie ponosi śmierci. Zostaje ocalona przez tajemniczego, zamieszkującego góry starca. Trafia to gospodarstwa, w którym wydaje się, że czas stanął. Wszystko jest tam takie jak przed wiekami - jego mieszkańcy od zawsze przepisują Biblie oraz hodują świnie.

,,Lissy" to powieść, w której baśniowość miesza się z makabrą i horrorem. Niczym w klasycznej baśni pojawiają odwieczne motywy. Jest bezbronna księżniczka, dzielny ale prosty obrońca, złowieszczy władca oraz bezwzględny myśliwy. Do głosu zaczyna dochodzić odwieczna walka dobra ze złem, w której wydaje się, że wszystkie ruchy są już zaplanowane i wszystko wiemy. Czekamy tylko najważniejszą rozgrywkę, mającą za zadanie uwypuklić najważniejsze zachowania, wyraźnie oddzielić dobro od zła oraz zapewnić poczucie odwiecznej równowagi.

Gdy już zaczynamy czuć się pewnie do baśniowego świata zaczyna przenikać horror. Początkowo nieśmiało, delikatnie, budząc nienazwany, niewypowiedziany niepokój. Wszystko zaczynają przenikać cienie, zostaje powoli odsłaniana, nowa, mroczniejsza strona. Autor cały czas stopniuje napięcie, co rusz to mocniej burzy ustalony porządek, potęguje poczucie zaniepokojenia, niepewności, nierealności wymieszanej z przebłyskami szaleństwa. Z każdą stroną coraz bardziej zaciernia się obraz, staje się mroczniejszy, bardziej gęsty coraz bardziej wnikający w stylistykę horroru. Jedno jednak pozostaje niezmienne - musi dojść do ostatecznej rozgrywki, tylko teraz już nie wiadomo kto wyjdzie z niej cały i gdzie przebiega linia oddzielająca dobro od zła.

,,Lissy" to elektryzujący, wciągający thriller. W odizolowanym górskim środowisku, autor pokazał trzymającą w napięciu aż do ostatniej strony rozgrywkę. Używając bardzo prostych środków oraz baśniowej, magicznej stylizacji zbudował opowieść, która bazuje na pierwotnych ludzkich instynktach. Pozwala dojść do głosu, temu co czai się w podświadomości oraz zagłuszane jest przez gwar społeczeństwa. Dopiero cisza i odosobnienie pozwalają się tym instynktom wyrwać na wolność.

Nie da się odłożyć ,,Lissy" wcześniej niż dotarłszy do ostatniej strony. Polecam!

środa, 17 października 2018

,,Przed zmierzchem" Nora Roberts

 Tytuł oryginału: Come Sundown

Już chyba kiedyś mówiłam, że rok bez Nory Roberts to rok stracony. Lubię jej styl, lubię to w jaki sposób buduje kreacje bohaterów i ich związki z otoczeniem. Często czytając mam wrażenie, że sama przeniosłam się do świata jej powieści i sama krzątam się w gdzieś w tle: gotując, przekomarzając się, obserwując. I chyba dlatego, że lubię autorkę i przeczytałam sporo jej powieści lepiej i wyraźniej widzę, że powoli staje się takim wężem zjadającym swój ogon. Na potęgę kopiuje swoje wcześniejsze pomysły, miesza dobrze znane wątki i zamiast nowej, lekkiej opowieści otrzymujemy trochę nużący zbitek wszystkiego.

Jedna z ostatnich jej powieści jakie się ukazały ,,Przed zmierzchem" jest opowieścią o młodej kobiecie Bodine, która odpowiada za prowadzenie rodzinnej firmy. Po latach nieobecności na jej drodze staje młodzieńcza miłość, kowboj Callen. Bohaterowie dosyć szybko dostrzegają łączącą ich nić uczucia i zaczyna rozwijać się ich związek, który bardzo szybko przeskakuje fazę zauroczenia a wręcz ekstremalnie szybko staje się dojrzałym, poważnym związkiem. Jedyną perturbacją jaka w niewielkim stopniu zakłóca sielankę jest odnalezienie zaginionej przed wielu laty ciotki Bodine, która była przetrzymana przez psychopatę. W tym samym czasie również ktoś zabija dwie młode kobiety.

Nora Roberts przedobrzyła. W standardowej długości powieści upchnęła całe może wątków, problemów i bohaterów. Spłyciła i potraktowała po łebkach to co zawsze było największym atutem jej powieści. Zmieściła całe morze bzdurnych niepotrzebnych i nic nie wnoszących dialogów, za bardzo skupiła się na detalach tła zapominając o tym co ma być kwintesencją powieści (przykład: doskonale wiemy czym zajmują się bohaterowie w sensie zawodowym, znamy ich plan dnia ale pary rodzą się od pstryknięcia palcem i totalnie niezrozumiałe jest czemu za kilka stron są już oświadczyny). Nie wspomnę już, że stworzyła trzy pary ale każdą historię zupełnie przeskoczyła, ledwie tylko sygnalizując początek i koniec. I może przeżyłabym jeszcze bardzo, bardzo słaby wątek obyczajowy gdyby chociaż kryminalno-sensacyjny był lepszy. Każdy kto choć trochę ma wyczucia od razu domyśli się co się stanie a finał jest po prostu żenująco słaby.

Jest mi smutno bo lubię Norę. Jej książki towarzyszą mi od wielu lat i zawsze sprawiały, że gubiłam przy nich poczucie czasu oraz były relaksem idealnym. Ta jest jednak totalnym niewypałem. Słaba, przegadana, nudna i bez pomysłu.

wtorek, 9 października 2018

,,Złodziej cieni" Elizabeth Hoyt

 Tytuł oryginału: Thief of Shadows

,,Złodziej cieni" to czwarty tom serii romansów historycznych autorstwa Elizabeth Hoyt. Ta część poświęcona jest jednej z najbardziej tajemniczych postaci, przewijającej się nieustannie w tle poprzednich części - Duchowi St.Giles. Za maską tajemniczego obrońcy i mściciela okazuje się kryć spokojny i zrównoważony wychowawca w przytułku - Winter Makapeace.

Winter jest wcielenie stoicyzmy, rozsądku, spokoju. Poświęcił wiele by zapewnić byt i w miarę bezpieczny dom osieroconym i porzuconym dzieciom. Teraz to wszystko może runąć przez kaprysy pań z towarzystwa. Jedyną nadzieją są ...lekcje dobrych manier, udzielane przez lady Isabel, która nieoczekiwanie działa mu na nerwy i wyzwala w nim emocje jakich sam po sobie by się nie spodziewał. Zadanie Wintera jeszcze bardziej się komplikuje gdy również jego potajemne działania dużo bardziej się skomplikują.

Polubiłam romanse Hoyt bo oprócz stereotypowego wątku uczuciowego - bardzo szczegółowo opisanego oraz okraszonego całą masą szczegółów - buduje ona także bardzo rozbudowane tło, zapełniając je żywiołowymi bohaterami oraz banalne schematy uzupełnia o wątki obyczajowe i społeczne. Szczególnie widoczne jest to w tym tomie. Jej okryta złą sławą dzielnica Maiden Lane staje się jeszcze bardziej mroczna i niebezpieczna szczególnie dla najmłodszych jej mieszkańców. Ważnym tematem jest wykorzystywanie dzieci do niewolniczej pracy ale także w życiu głównych bohaterów rozterki znacznie wykraczają poza standardowe miłosne nieporozumienia. Wszystkie te zabiegi budują trochę bardziej mroczny i ciężki klimat niż w klasycznym romansie.

Hoyt brutalnie i bez przeciągania ujawniła tajemnicę, która intrygowała w pierwszych trzech tomach a teraz na jej podstawie tworzy kolejne opowieści. Czekam na czwarty tom, który ma dodać kolejny element do tego obrazu.

 p.s. WYZWANIE 2018 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu: 25,5 cm - 2,9 cm = 22,6 cm.

poniedziałek, 8 października 2018

,,Miasto Świętych Mężów" Luis Montero Manglano

 Tytuł oryginału: La ciudad de los hombres santos

Nie lubię się żegnać z bohaterami, a szczególnie takimi, którzy tak jak Tirso angażują mnie całą w swoje przygody. Gdzie co krok czeka nowa tajemnica do odkrycia a każdy krok jest krokiem na nieustającym szlaku poszukiwań.

Trzeci, finalny tom trylogii ,,Poszukiwacze" bo szalona, pełna niesamowitych zwrotów akcji jedna wielka Przygoda. Zaczyna się spokojnie. Tirso uczy się żyć jako agent Interpolu, ale niezawodny instynkt Poszukiwacza bardzo szybko daje o sobie znać i mężczyzna po raz kolejny ruszy na ratunek cennym artefaktom, chociaż tym razem już nie pod skrzydłami Narodowego Korpusu Poszukiwaczy. Przyjdzie mu jeszcze raz zmierzyć się, tym razem już w bezpośrednim starciu, z bezwzględną korporacją Voynich oraz spróbować jeszcze raz zagadki, z którymi mierzył się w poprzednich dwóch tomach.

,,Miasto Świętych Mężów" to rasowa, pobudzająca wyobraźnię i sprawiająca, że krew w żyłach szybciej pędzi, powieść przygodowa. Łączy w sobie to co najlepsze: wartką akcję, zagadki historyczne, mnóstwo odniesień kulturowych, trochę zmyśleń i przeinaczeń oraz niepewność tego co zdarzy się na kolejnej stronie. Bo każda strona przynosi odpowiedź na jedno pytanie oraz pięć nowych tajemnic, po rozwiązanie których trzeba dopiero wyruszyć. Jak przystało na gatunek to co prawdziwe miesza się z tym co wymyślone, tworząc misterny kolaż, pełen różnorodnych cieni i niuansów. Całość dopełniają pełnokrwiści, wielowymiarowi bohaterowie oraz niewymuszone ale bardzo dobrze rozłożone akcenty humorystyczne.

Jak już mówiłam ciężko mi się rozstać. Mam nadzieję, że jednak Tirso jeszcze kiedyś powróci chociaż z krótką opowieścią i znów spróbuje odkryć coś co dawno ukryto.
 
 p.s. WYZWANIE 2018 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu: 29,8 cm - 4,3 cm = 25,5 cm.