Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ameryka Południowa i Środkowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ameryka Południowa i Środkowa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 września 2023

,,Potosi. Góra, która zjada ludzi" Ander Izagirre

 Tytuł oryginału:      Potosí

 

Są historie, które nawet gdy skończymy i odłożymy na półkę, zostają z nami. Uderzają w nasz światopogląd, dotykają wrażliwości, zapadają w pamięć i długo nie dają o sobie zapomnieć. Krążą gdzieś w krwiobiegu, są nieustannie obecne w myślach. Jedną z takich historii z pewnością jest reportaż o kopalniach na stoku góry Potosi w Boliwii. Dla mnie osobiście jest ten reportaż bardziej osobisty, bardziej dotkliwy bo kilka lat temu byłam w kopalni-muzeum, otwartej dla turystów w Oruro. Tam widziałam maleńki fragment tego jak wygląda boliwijska kopalnia, jednak nie miałam wtedy świadomości co dokładnie za tym stoi. Ciasne, mroczne sztolnie, figurka ,,Wujka", narzędzia żywcem przeniesione z dawnych stuleci - to nie tylko wizja przeszłości stworzona na potrzeby turystów. Dla wielu Boliwijczyków to rzeczywistość, z którą mierzą się na co dzień.  

Autor reportażu zabiera czytelnika w szokującą podróż na stok góry Potosi do kopalni srebra. Główną bohaterką opowieści jest nastoletnia Alicja, która staje się swoistym symbolem. Nastolatka mieszka z rodziną w miejscu, gdzie nie powinien nikt mieszkać, pracuje w kopalni chociaż prawo tego zabrania, jej codzienność to bieda i ciągłe zagrożenie. Jej historia staje się punktem wyjścia do pokazania znacznie szerszej perspektywy. To opowieść o Boliwii, która od początku swojego istnienia była gnębiona i wykorzystywana, najpierw przez hiszpańskich kolonizatorów, potem kompanie górnicze. Zawsze najbardziej cierpieli ci najsłabsi. Byli niewolniczo wykorzystywani, zmuszani do pracy ponad siły, pozbawieni jakichkolwiek środków bezpieczeństwa. Mężczyźni żyją w tych warunkach krótko, średnio około czterdziestu lat. Ale to kobiety nie mają żadnych praw ani żadnej opieki. Wykonują pracę za minimalne wynagrodzenie albo nawet za darmo gdy muszą odpracowywać fikcyjne długi, a równocześnie cały czas narażone są na gwałty ze strony górników.

,,Potosi. Góra, która zjada ludzi" to straszna, szokująca opowieść o ludziach, którzy już za życia znaleźli się w piekle. Strach, beznadzieja, praca ponad siły, wykorzystywanie przez państwo ale innych ludzi, bezprawie, demoralizacja, choroby, cierpienie - to wszystko to ich rzeczywistość. Tam nie ma dzieciństwa, nie ma radości, nie ma stabilności. Można próbować coś zmieniać ale nadzieje są nikłe. Góra i kopalnia odarły z człowieczeństwa, ograbiły z nadziei, zostawiły tylko to co najgorsze. Dlatego optymizm głównej bohaterki reportażu na tle tego zła jest porażający. On tylko jeszcze bardziej wyolbrzymia błędy, które narosły przez wieki ucisku i odczłowieczania. Górnicy w Boliwii są ogromną siłą, która została skutecznie zmanipulowana oraz tak nastawiona, że czuja się bezkarni. Doprowadzono do sytuacji, gdzie już nie widać szans na zmiany, na poprawę. Kopalnia odebrała to co dobre, zostawiając tylko cierpienie, dramat kobiet i dzieci, śmierć i alkoholizm.

Warto  przeczytać bo to reportaż o miejscu, gdzie czas się zatrzymał. Gdzie nie ma prawa, nie ma szans na poprawę życia, nie ma życia. A jednak ludzie próbują. Mimo wszystko szukają drogi na zmianę. Cały czas mają nadzieję i optymizm. A to poraża! Polecam!

p.s. WYZWANIE 2023 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu: 51,7 cm - 2,0 cm = 49,7 cm.    

 

poniedziałek, 22 sierpnia 2022

,,Nie każdy Brazylijczyk tańczy sambę" Tony Kososki


Przed pandemią, w czasach gdy jeszcze wszyscy normalnie chodzili do biura i jeszcze nikt nie wpadł na to, że możliwy jest home office właściwie na nieograniczoną skalę, częstym zjawiskiem była ,,korpogłupota", czyli pewne odrealnienie i przesadne koncentrowanie się na zadaniach w biurze, używanie ponglisha (czyli szalonej mieszaniny polskiego i angielskiego) oraz zapominanie, że istnieje jeszcze jakieś życie poza korpo. Wtedy to jeden z moich kolegów wymyślił hasło, które do dziś wisi przy moim kompie i przypomina mi co jest ważne. A brzmi ono ,,Gdy poczujesz zew korpogłupoty to wyjedź w Andy". I w pewien sposób ma to sens. Nie raz czuję chęć by rzucić wszystko i zaszyć się gdzieś na Altiplano, gdzie nie znajdą mnie wszechobecne macki korpo. Cóż, życie w pewnym wieku narzuca pewne ramy i ograniczenia i nie każdy szalony plan można zrealizować ... ale można czytać o tych, którzy takie mieli odwagę takie szalone plany realizować.

Tony Kososki (albo właściwie Przemek Śleziak) w 2010 roku zdecydował się spełnić jedno ze swoich marzeń. Najpierw jako wolontariusz wyjechał do Brazylii by pracować przy organizacji finałów Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej. Była to jedna, wyjątkowa okazja, która otworzyła mu drogę do wędrówki po Ameryce Południowej. Zaczął od Rio de Janeiro, gdzie nie tylko pracował jako wolontariusz na stadionie ale także przeżywał wraz z kibicami emocje. Wędrował po teoretycznie niebezpiecznych dzielnicach, wszędzie spotykając się z ludzką życzliwością i niesamowitą uprzejmością. Z Brazylii, praktycznie bez pieniędzy ruszył do Boliwii by potem udać się do Peru i zobaczyć Machu Picchu.

Chyba najlepsze z tym zapisie z podróży jest ogromny optymizm i wiara w to, że wszystko jest możliwe. Kososki nie ma wielkich funduszy ale ma plan i pomysł. I właściwie to mu wystarcza. Pełen optymizmu i radości z podróżowania przemierza kolejne kilometry łapiąc pojawiające się okazje  i przy okazji głęboko wnikając w społeczności. Na swojej drodze poznaje kulturę, tradycje. Rozmawia z ludźmi i zagląda tam gdzie komercyjny turysta nie trafi. Cały czas szuka także możliwości jak to wszystko zrobić praktycznie nie naruszając skromnych zapasów. Można się pukać w głowę czytając o jego przygodach i pomysłach ale tak właściwie to mu się zazdrości. Zazdrości odwagi, optymizmu, szaleństwa i upartego dążenia do celu. Tam gdzie wielu by się poddało (bo wyobraża sobie ktoś obecnie pisanie pracy inżynierskiej bez komputera, materiałów czy stałego dostępu do internetu) on jednak daje radę. Im bardziej coś nieprawdopodobne, to z pewnością znajdzie na to radę.

,,Nie każdy Brazylijczyk tańczy sambę" to nie tylko kawał niezłej literatury podróżniczej, to przede wszystkim skryte marzenia o szalonej, nieszablonowej przygodzie. Choć przez chwilę można się poczuć jakby samemu się podróżowało i nie ważne, że tak naprawdę siedzę w wygodnym, klimatyzowanym tramwaju w Krakowie. Polecam!

p.s. WYZWANIE 2022 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu:  49,5 m - 3,1 cm =46,4 cm.     

 

środa, 27 kwietnia 2022

,,Boliwia. Narzeczona, więzienie i cudze wesele" Paweł Wilk

 


Boliwia to dla mnie miejsce wyjątkowe. Byłam tam zaledwie dwa i pół tygodnia w 2016 roku ale gdyby to było możliwe jeszcze raz bym tam pojechała i odwiedziła wszystkie te miejsca, których nie widziałam. Póki co pozostaje wędrowanie palcem po mapie i oglądanie lub czytanie relacji innych.

Paweł Wilk odwiedził Boliwię trochę wcześniej, bo w 2014. Jednak jego wyprawy, nie da się nazwać czysto turystyczną. Szalony impuls pchnął do odbycia półrocznego stażu jako wolontariusz w boliwijskim więzieniu. Jest to zdecydowanie niezwykłe doświadczenie, które pokazało mu ten południowoamerykański kraj z absolutnie nieznanej perspektywy. Poznaje ludzi i słyszy historie, do których zdecydowanie żaden inny obcokrajowiec nie ma dostępu. Poznaje kulturę i mentalność Boliwijczyków absolutnie od podszewki. Ale nie tylko samą pracą, żyje człowiek. Poza więzieniem, zwiedza, poznaje, doświadcza, smakuje kraj z jego plusami, mocnymi stronami, absurdami, specyficznym podejściem do wielu kwestii oraz niezwykłą kulturą. Wilk nie jest tylko obserwatorem - on jest w centrum zdarzeń i może dużo powiedzieć nie tylko o tym jak wygląda życie cudzoziemca w Boliwii ale także jak wygląda  normalna codzienność.

Wilk nie jest pisarzem, nie jest nawet zbyt dobrym gawędziarzem ale jego opowieść ma to coś w sobie co sprawia, że przykuwa uwagę. Jest autentyczna i pełna pasji. To nie jest relacja znudzonego wędrowca, który już wszystko przeżył i wszystko doświadczył. To historia młodego chłopaka, który wyrwał się z Polski by działać, poznawać. Po drodze napatoczyła mu się dziewczyna  i trochę przygód, zobaczył kawałek świata, otwarły mu się oczy na świat i właśnie to chce pokazać i przekazać dalej. W swój prosty sposób wysyła w przestrzeń mnóstwo pozytywnej energii i motywuje do działania. I to jest najlepsze i dlatego polecam!

p.s. WYZWANIE 2022 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu:  104,3 cm - 1,9  cm =  102,4 cm.     

 

czwartek, 19 listopada 2020

,,Wyhoduj sobie wolność" Maria Hawranek, Szymon Opryszek

 
Przyznam otwarcie, że Urugwaj jest tym krajem Ameryki Południowej, z którym nie mam żadnych skojarzeń. Argentyna, Chile, Brazylia, Boliwia, Peru, Wenezuela, Kolumbia, Meksyk, o każdym z wymienionych mogę coś powiedzieć, chciałabym tam się znaleźć, chciałabym je przemierzyć. Urugwaj wciśnięty pomiędzy Argentynę i Brazylię wydaje się być przytłoczony przez bardziej znanych sąsiadów a przez to istniejący trochę w ich cieniu. A to bardzo błędne myślenie. Urugwaj to państwo zaskakujące, inne w kontekście całej Ameryki Południowej i dzięki temu jeszcze bardziej fascynujące.

Urugwaj to państwo fascynujące, pełne kontrastów i zaskakujące. Jako jedyne państwo w Ameryce Południowej zdecydowało się przyjąć uchodźców z Syrii, pomimo tego, że samo mierzy się z ogromem własnych problemów. Jest państwem oficjalnie głoszącym swoją świeckość, gdy cały kontynent raczej kojarzony jest z mocnym przywiązaniem do wiary chrześcijańskiej. Miał prezydenta, który 90% swojej pensji oddawał na cele charytatywne. Urugwaj nie uląkł się gdy potężny koncern nikotynowy wytoczył mu proces. Wręcz przeciwnie - odważnie stanął do sądowej walki o to by dać mieszkańcom prawo do życia bez nikotyny. Równocześnie, jako jedno z pierwszych państw na świecie zalegalizował marihuanę. Tak, to kraj paradoksów i zaskoczeń. Kraj, który chce się odkrywać i dowiadywać się o nim coraz więcej.

,,Wyhoduj sobie wolność" to zbiór wciągających reportaży. Każdy jest inny, każdy poświęcony innemu tematowi ale wszystkie łączy przebijający się temat wolności: ekonomicznej, politycznej, religijnej, światopoglądowej. Czasem jest jej więcej, czasem jest skierowana w zupełnie błędną stronę ale Urugwajczycy mają w pewien sposób jej poczucie i z niej korzystają. Chociaż niektóre z poruszanych zagadnień jest trudne, bolesne to jednak przebija z nich nadzieja, optymizm i jakiś spokój. Bo taki właśnie jest Urugwaj - spokojny w swym chaosie, może przez to mniej tam charakterystycznej latynoskiej ekspresyjności i egzotyki ale z pewnością nie jest mnie fascynujący i godny zachwytu. Polecam! 

 p.s. WYZWANIE 2020 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu: 66,2 cm - 2,4  cm = 63,8 cm.

niedziela, 1 listopada 2020

,,No pasa nada! Nic się nie dzieje! Kobiece oblicze Meksyku" Beata Kowalik


No pasa nada! Nic się nie dzieje! A może raczej nic się nie zmienia! Wiem, że feminizm to pojęcie kontrowersyjne. W Europie narosło koło niego wiele mitów, stereotypów. Częściej kojarzy się z szaloną kobietą, nienawidzącą mężczyzn i głoszącą wyrwane z kontekstu obraźliwe hasła a niżeli z tym czym to właściwie jest, czyli walką o prawa kobiet. W Polsce mamy to szczęście, że dużo się w tej materii zmienia i od zawsze kobiety były otaczane szacunkiem. Nie wszędzie jednak tak jest. Są regiony świata gdzie pojęcie feminizmu jest totalnie nie znane a walka o prawa kobiet to prawie jak walka z wiatrakami. Takim właśnie miejscem jest nadal współczesny Meksyk. Państwo barwne, fascynujące, pięknie położone, posiadające bogatą kulturę ale także niesamowicie niebezpieczne.

Beata Kowalik spotkała się z kilkunastoma kobietami i podjęła próbę przybliżenia ich historii. Obraz jaki się wyłania jest zatrważający. Meksyk dla kobiety to przestrzeń pełna zagrożeń, niebezpieczeństw, świat, gdzie kobieta musi być podporządkowana mężczyźnie a bunt przeciw ustalonym od wieków prawom może równać się wyrokowi śmierci. Są jednak kobiety, które decydują się na zmianę. Decydują się na rozwód, porzucają rodzinne wsie, wypowiadają walkę koncernom, prowadzą własną działalność, pomagają i uświadamiają inne kobiety. Nie są bierne. Zmieniają to co od wieków jest ustalone i co wszyscy przyjmują jako konstans.

Dopiero spojrzenie na świat z takiej perspektywy uświadamia jak wielką szczęściarą jestem, że urodziłam się w Polsce, w rodzinie, która zapewniła mi wykształcenie i poczucie bezpieczeństwa i niczego nie narzucała pozwalając szukać własnej drogi. Niby coś oczywistego ale nadal nie dla wszystkich. Nadal są dziewczynki, które sprzedaje się za mąż i to prawie za bezcen. Nadal są kobiety, które nie posiadają nic, które mąż może gwałcić i bić. Nadal są dziewczyny, które nie umieją pisać ani czytać. Tak, obraz wyłaniający się z reportażu jest pesymistyczny i malowany w ciemnych barwach ale mimo wszystko wyłania się iskra nadziei, że to może się zmienić. Bo coś powoli się zmienia. I dlatego warto o tym mówić i wspierać te kobiety, które próbują walczyć o swoje prawa. Polecam!

p.s. WYZWANIE 2020 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu: 81,3 cm - 2,2  cm = 79,1 cm.

 

niedziela, 24 marca 2019

,,Meksyk od kuchni. Od Azteków do Adelity" Susana Osorio-Mrożek


,,Meksyk od kuchni" to książka, która zabiera czytelnika w fascynującą podróż po smak Meksyku. Robi to jednak bardzo kompleksowo. Autorka przez pryzmat kulinariów opowiada historię społeczną od czasów prekolumbijski (Majów, Azteków) aż do początku XX wieku.

Jedzenie towarzyszy ludziom cały czas. Czasem nawet specjalnie nie zastanawiamy się co i dlaczego jemy. Susana Osorio-Mrożek od strony kuchni pokazuje kulturę i społeczność meksykańską. Ciekawie, z ogromną wnikliwością prezentuje jak zmieniały się obyczaje, zachowania i co na to wpływało. Podkreśla specyfikę regionu, wraz ze wszystkimi cechami, które są dla niego charakterystyczne. Okrywa ciekawostki i niezwykłe odkrycia, które banalne ale miały przełomowe znaczenie w kuchni, nie tylko dla walorów smakowych ale także zdrowotnych. Zaczyna od początku - od Azteków. Tutaj mówi nie tylko o zwyczajnym, codziennym przygotowaniu posiłków ale także dosyć szczegółowo rozwija temat rytuałów, w tym i kanibalizmu. Potem już pokazuje jak bardzo przenikały się kultury w trakcie podbojów hiszpańskich i skąd Meksyk czerpał inspiracje.

Jej opowieść nie ogranicza się tylko do kuchni. Kuchnia jest ważna ale na szczęście Osario-Mrożek prezentuje znacznie szerszy kontekst. Pokazuje całe społeczeństwo, pełne różnorodności, zmieniające się i ewoluujące. Pokazuje problemy zarówno społeczne, kulturalne oraz polityczne. Bo nawet jeśli sobie tego nie uświadamiany to jedzenie i zwyczaje z nim związane zawsze są obecne i czasem mają nie ocenione znaczenie.

Książka to fascynująca podróż do Meksyku, kompleksowa, ciekawa, nieoczywista. Sięgająca do podstaw społeczeństwa, odsłaniająca jego najlepsze, najbardziej smakowite oblicze. Polecam!

p.s. WYZWANIE 2019 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu: 126,5 cm - 2,7 cm = 123,8 cm.

poniedziałek, 3 lipca 2017

,,Santa Muerte. Święta Śmierć" R.Andrew Chesnut

Tytuł oryginału: Devoted To Death: Santa Muerte, The Skeleton Saint

Kult Santa Muerte czyli Świętej Śmierci należy do stosunkowo młodych. Naradził się albo lepiej wyszedł z ukrycia około roku 2001 w Meksyku. Śledztwo religioznawcze jakie przeprowadził autor sugeruje jednak, że jego korzenie sięgają czasów kolonialnych.

Święta Śmierć to lokalna meksykańska patronka, antyteza Madonny z Guadalupe, która z roku na rok zyskuje coraz większe grono wiernych. Do jej wyznawców należą prości ludzie: sprzedawcy, robotnicy, gospodynie domowe, policjanci ale i prominenci: bossowie narkotykowi, politycy czy jak to jest sugerowane księża katoliccy. Oficjalnie kult zwalczany jest przez Kościół Katolicki i rząd meksykański. Przeprowadzane są akcje i naloty policyjne aby zlikwidować kaplice i świątynie poświęcone ,,Białej Dziewczynie" (jedno z określeń Santa Muerte). Nie przeszkadza to jednak aby kult się rozwijał.

Autor w swojej publikacji bada źródła i fenomen wzrostu popularności Świętej Śmierci. Swoje rozważania podzielił na siedem rozdziałów stosownie do siedmiu kolorowych świec oznaczających poszczególne atrybuty przypisywane Santa Muerta. Jest ona niejednoznaczna i może w tym tkwi jej siła: może być opiekunką ale i niszczycielką, może przynosić uzdrowienie ale i potrafi szkodzić, pomaga w kwestiach miłosnych ale równocześnie nie patrzy na moralne aspekty związków. Polecają się jej przemytnicy narkotykowi i ... policjanci, którzy ich ścigają. Wyznawcy twierdzą, że ich święta jest najlepsza bo wszystkich traktuje jednakowo, nie czyniąc rozróżnienia na biednych czy bogatych, dobrych czy złych, mądrych czy głupich.

Książka stanowi ciekawe i wnikliwe studiów tego kultu. Na poły pierwotny w dużej mierze bazuje na tradycji katolickiej czerpiąc z niej garściami modlitwy, obrzędy, msze i różańce. Przez to łatwiej trafia do prostych odbiorców. Autor próbuje dotrzeć do centrum, rozmawia z matką chrzestną kultu Enriquettą Romero, z ,,ojcem" Davidem Romo ale także przywołuje wiele przykładów z życia zwykłych ludzi, którzy twierdzą,, że doświadczyli działania Świętej Śmierci.

Publikacja dostarcza ogromnej ilości wiedzy i jest przykładem wnikliwego, choć momentami obiektywnego badania religioznawczego. Chyba jej największy minus to brak zdjęć, które lepiej zilustrowały by to co jest omawiane. Wszystkim zainteresowanym gorąco polecam!

  p.s. WYZWANIE 2017 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu: 80,7 cm - 1,2 cm =  79,5 cm                  


czwartek, 18 maja 2017

,,Tańczymy już tylko w Zaduszki" Maria Hawranek, Szymon Opryszek


Jakiś smutny jest ten zbiór reportaży. Nie ma w nim tej szalonej fantazji i optymizmu tak charakterystycznego dla Latynosów. Nie ma zachwytu nad krajobrazem. Nie ma fascynacji innością, czy bogactwem kultury. Nie ma feerii barw, smaków czy zapachów. Są ludzie. Ludzie inni, niepasujący do krajobrazu, który znamy. To nie dobroduszni, uśmiechnięci Boliwijczycy, Peruwianie, Kolumbijczycy czy Meksykanie. To nie ci, którzy tańczą, śpiewają i nieustannie bawią się.

Ten zbiór reportaży odnajduje i opisuje tych wszystkich ludzi, którzy są poza. Poza społeczeństwem, poza cywilizację, poza rzeczywistością. Koncentruje się na wszystkim tym co inne, nieoczywiste, niecodzienne. Nagle zabiera nas do wioski gdzie połowa populacji z pewnością po czterdziestce zapadnie na Alzheimera, później pokazuje wioskę boliwijskich menonitów, kolumbijską osadę gdzie przewodzą kobiety, peruwiańskie kopalnie złota. Daleko od turystycznych szlaków czy pięknych, zapierających dech w piersiach widoków. Jest bieda, opuszczenie, wyzysk, niesprawiedliwość.

Obraz jaki wyłania się z reportaży jest smutny. Odbija się w nim współczesne społeczeństwo, które wyrzuca poza swój nawias wszystko to co niszczy przyjemny, idealny obrazek. Chce zapomnieć o tym co trudne i bolesne. Zamyka oczy na nielegalnie, z wykorzystaniem wręcz niewolniczej siły roboczej pozyskiwane złoto, prostytucję wśród nieletnich dziewcząt, zapomina o cierpieniu starszych i opuszczonych. Odsuwa od siebie to co niewygodne i trudne. Łatwiej uciec na koniec świata niż podjąć próbę przystosowania się do cywilizacji.

,,Tańczymy już tylko w Zaduszki" pozostawił mnie z kacem moralnym. Nie taki obraz Ameryki Południowej chciałam zachować w pamięci. Nie to chciałam zobaczyć. Mocno otworzył oczy i sprawił, że zupełnie inaczej patrzy się na wiele rzeczy. Mocny, dosadny, boleśnie prozaiczny ale przez to bardziej szczery i zapadający w pamięć oraz myśli. Nie da się łatwo uwolnić od obrazów jakie wywołał. Polecam!

  p.s. WYZWANIE 2017 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu: 92,8 cm - 2,3 cm =  90,5 cm                   

czwartek, 9 marca 2017

,,W imperium Słońca" Karin Muller

Tytuł oryginału: Along th Inca Road : a woman's journey into an  ancient empire

Karin Muller na przełomie wieków poświęciła sześć i pół miesiąca aby pokonać słynny Szlak Inków. Przemierzyła Ekwador, Peru, Chile i Boliwię by odnaleźć ślady życia Inków i ich potomków. Chciała jak najbardziej zbliżyć się do prawdziwego życia współczesnych Indian: poznać ich zwyczaje, kulturę, dotknąć oraz posmakować świata ukrytego gdzieś w Andach. Rezultatem jej wędrówki jest reportaż zarówno książkowy jak i filmowy ,,W imperium Słońca".

Jest to reportaż, chyba jeden z nielicznych, który mogę skonfrontować z własnymi doświadczeniami. Zupełnie przypadkiem moja wyprawa do Ameryki Południowej we wrześniu 2016 roku przebiegła podobnym szlakiem, choć ja podróżowałam w przeciwnym kierunku, z Boliwii przez Chile do Peru. Nie widziałam aż tyle co autorka ale ponownie, poprzez jej relację, mogłam przenieść się do tego niesamowitego miejsca. Znowu poczułam oddech Oceanu Spokojnego w okolicach Peru, dostrzegłam wikonie gdzieś na Altplano, ponownie byłam nad jeziorem Titicaca i odwiedziłam Wyspę Księżyca. Copacabana, Oruro, Cochabamba to już nie są punkty na mapie ale realne miejsca. Przy okazji lektury mogłam uświadomić sobie jak wiele tam się zmieniło, równocześnie paradoksalnie pozostając niezmiennym. Lepiej zrozumiałam to co w trakcie mojej wyprawy tylko obserwowałam i poznałam historię Inków oraz podboju ich państwa przez Hiszpanów. Karin Muller ciekawie opowiada mieszając historię ze współczesnością. Lubi przebywać wśród ludzi i szukać w nich ciekawej inności. Sprawia, że znowu odległa Ameryka Południowa jest bliżej bo zawsze razem z nią jesteśmy w centrum zdarzeń.

,,W imperium Słońca" pozostawiło mnie jednak ze sporym niedosytem i tęsknotą. Ponownie chciałabym tam wrócić i jeszcze raz zobaczyć wszystkie miejsca, równocześnie dopytując się o to czego brakło. Póki co pozostaje mi otworzyć folder i znów przeglądać zdjęcia oraz mieć nadzieję, że jeszcze tam wrócę.

Peru, Altiplano, wrzesień 2016

piątek, 27 maja 2016

,,Diabeł umiera w Hawanie" Maciej Stasiński


,,Diabeł umiera w Hawanie" to zbiór artykułów jakie ukazały się w Gazecie Wyborczej w latach 2000-20015 poświęconych sytuacji na Kubie. Porusza się w nich przede wszystkim temat sytuacji politycznej - niekończącego się panowania Fidela Castro i jak to wpłynęło na tamtejsze społeczeństwo. Dużo mniejsca poświęca się prezentacji ruchów opozycyjnych i dysydenckich, które za główny cel obrały sobie sprzeciwianie się władzy i informowanie świata o sytuacji na wyspie.

Obraz Kuby wyłaniających się z artukułów nadal jest pesymistyczny. Czuje się nieustanne wyczekiwanie na śmierć Fidela Castro bo tylko z tym wiązana jest jakakolwiek nadzieja na poprawę sytucji. Pozostaje bierny opór. Każda inna działalność prowadzi do surowych represji - kar więzienia, pobicia. Kubańczycy nawet nie myślą o zbrojnym powstaniu. Długoletni reżim skutecznie wykorzenił myśl o buncie. Wielu ucieka zmęczonych bezowocną walką, zniechęconych, ambitniejszych ucieka z kraju do USA, Hiszpanii, Kanady. Nikomu nie chce się już buntować. Pozostaje zaledwie garstka ,,starych" dysydentów, nieustannie upominających się o uwagę.

,,Diabeł umiera w Hawanie" to ważny zbiór. Otwiera oczy i dokladnie wyjaśnia o co chodzi w sytuacji kubańskiej. Jednak przeszkadzają ciągłe powtórzenia. Miało to sens, gdy teksty były publikowane w gazecie, bo każdy z nich mówi na podobny temat, co innego uwypuklając. Jeśli ktoś trafił wcześniej w Wyborczej na któryś z nich, nie ma po co sięgać po zbiór bo nic nowego tam nie znajdzie. Całą resztę zachęcam bo to kawał świetnego reportażu politycznego.

wtorek, 28 kwietnia 2015

,,W krainie obfitości mango" Ann Vanderhoof


Czasem są takie dni, gdy chciałoby się rzucić wszystko: pracę, dom, znajomych i wyruszyć gdzieś daleko w poszukiwaniu swojej własnej wielkiej przygody. Przed kilkunastoma laty tak właśnie zrobili Ann i Steve Vanserhoof. Zostawili pracę w wydawnictwie, Toronto, szarą rzeczywistość i wyruszyli na dwuletni rejs po Karaibach. ,,W krainie obfitości mango" to właśnie relacja z ich ,,przygody życia".

Jest to opowieść niezwykła. Przesiąknięta smakami, kolorami, muzyką i przede wszystkim potężnym zastrzykiem energii. Ann - kucharka amatorka, z tak wielkim zapałem i znawstwem opowiada o nowych potrawach, owocach, rybach czy alkoholach, że czasami czuje się ogromną ochotę aby ich spróbować. Dodatkowo załącza przepisy. Jej historia jest trochę jak karaibskie morze: raz spokojna i leniwa po to by za chwilę wrzeć i dmuchać jak tropikalna burza. Jest to książka nie tylko o jedzeniu i krajobrazie. Dużo miejsca zajmują w niej ludzie - żeglarze, tacy jak Ann i Steve ale także mieszkańcy mijanych wysp. Postacie barwne i charakterystyczne, budujące klimat.

Czytałam z ogromnym zainteresowaniem. Przemieszczałam się z bohaterami od wyspy do wyspy, walczyłam z wiatrem, falami, własnymi słabościami. Poznawałam kultury. Wyłapywałam charakterystyczne niuanse. Cieszyłam się smakami. I tak jak Ann i Steve'owi mi też było smutno, że to już koniec. Chyba pozostaje znaleźć własną Recetę i rozpocząć swoją przygodę.

p.s. WYZWANIE 2015 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu: 129,7 cm  - 2,5 cm = 127,2 cm    


piątek, 3 października 2014

Stary Ekspres Patagoński



,,Wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet. Ściskając w ręku kamyk zielony patrzeć jak wszystko zostaje w tyle..”

Ten fragment piosenki wyjątkowo dobrze oddaje klimat powieść ,,Stary Ekspres Patagoński” Paula Theroux. Książka zaczyna się nad wyraz zwyczajnie: ot, wychodzi facet z domu i wsiada do metra w Bostonie. Jednak metro, którym tysiące ludzi  zdąża do pracy dla niego jest dopiero wstępem do wielkiej podróży wzdłuż obu Ameryk. Paul wybiera przede wszystkim pociągi: czasem stare, zdezelowane, poruszające się ślimaczym tempem po niestabilnych torach w jeszcze bardziej niestabilnych krajach. Jego zachowanie w nich nie różni się bardzo od tego co znamy: pije, śpi, czyta i obserwuje krajobraz za oknem oraz współtowarzyszy podróży.

Akcja tak jak stary pociąg posuwa się powoli. Za oknem zmieniają się krajobrazy. Od zasypanego śniegiem Bostonu, tropikalną Amerykę Środkową, górzyste Andy aż po upragniony ,,koniec świata” – Patagonię. Zmieniają się otaczający go ludzie: jedni są dowcipni, dumni ze swego pochodzenia i kraju, inni – sterani życiem biedacy, nie oczekujący od życia już niczego więcej. Spotyka też innych podróżników – czasem naiwnych, czasem głupich, czasem podróżujących bez celu. Jest to świetne studium antropologiczno - społeczne Ameryk końca lat siedemdziesiątych.

Ostatnio zdarzało mi się kilkakrotnie sięgać po powieści podróżnicze, które miały opowiadać o niezwykłych miejsca i ludziach tam żyjących. Ta akurat powieść niespecjalnie wpisuje się w te ramy. Szczerze, opis Patagonii jest chyba najkrótszy w całej ponad 500-stronnicowej powieści. A tytuł sugeruje, że akurat to miejsce będzie kluczowe dla całej akcji. I w pewnym sensie tak jest.