Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Poznańskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Poznańskie. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 lutego 2025

,,Najgorsze randki świata i kilka udanych" Agata Romaniuk


 Trochę nie rozumiem popularności tej książki oraz w ogóle idei, która jej przyświecała. Chociaż pomysł był niezły. Bo randkowanie ma w sobie coś tajemniczego i wywołującego dreszczyk emocji. Więc chyba logiczne, że mówienie o najgorszych randkach będzie mocno emocjonalne. Przynajmniej w teorii. Tylko, że w przypadku książki Agaty Romaniuk jest nudno i bezbarwnie. Zaczyna się od festiwalu narzekania na mężczyzn - od tego, że przyprowadzają na randkę mamę/dziecko/przypadkowe osoby, przez ich wygląd, a na ghostingu kończąc. Potem niby panowie dostają możliwość ponarzekania na kobiety ale mam wrażenie, że nadal to jest wina mężczyzn i jakoś tak kobieca perspektywa wygrywa.

Tylko, że właściwie nic w tej książce nie ma. Trochę osobistych doświadczeń autorki i może z dziesięć innych historii. Mam poczucie, że to wcale nie daje jakiegoś obrazu na całość zjawiska. Oderwane od kontekstu wyrywki, jednorazowe sytuacje i nic ponad to. Przypomniało mi to referaty pisane na odczepnego na studiach czy w szkole: przykład, potem dwa zdania interpretacji i kolejne. Serio, z tego nic nie wynika. Nie jest to obraz randkowania na przykładach bo tych przykładów za mało, nie jest to krytyczna analiza zjawiska bo analizy tam jak na lekarstwo. Może bliżej do pamiętnika czy zapisu własnych doświadczeń ale to też trochę za bardzo powierzchowne. I forma książki też trochę nietrafiona bo dużo lepiej by się tu sprawdził rozbudowany artykuł na stronę internetową, bo dokładnie tyle tam treści.

,,Najgorsze randki świata" miały potencjał, który zupełnie nie został wykorzystany. Zamiast tego wyszła trochę irytująca, bezbarwna praca, niestety (co mówię jako kobieta) bardzo kobiecocentryczna i ledwo dotykają tematu. Spodziewałam się jednak czegoś ciekawszego albo chociaż lepiej opowiedzianego, dlatego jestem rozczarowana.

czwartek, 29 sierpnia 2024

,,Bestie Antyku" Anna Jankowiak


O mitologii greckiej i rzymskiej bardzo trudno powiedzieć coś nowego lub odkrywczego. Wychowaliśmy się na niej, wałkowaliśmy kilka razy w szkole, znany filmy czy popularne książki nawiązujące do tej tematyki. Dlatego zaskakujące jest gdy ktoś mimo wszystko podejmuje ten temat i pokazuje go z zupełnie nowej perspektywy. Nie bogów, nie herosów ale bestie i potwory. Początkowo byłam zaskoczona i zaciekawiona, a już w trakcie lektury stwierdziłam, że to bardzo logiczna perspektywa bo kimże byłby Perseusz bez pokonania Meduzy albo Herakles bez obezwładnienia Cerbera? Bez bestii i potworów świat antyku byłby pozbawiony niezwykłości, bohaterskie czyny straciłyby wyjątkowość, jamy, rzeki, morza, lasy pozbawiono by elementu zagrożenia i ostrzeżenia. Czy tego chcemy czy nie, świat antyku był pełen potworów, które miały swoje określone zadania i przypisane funkcje.

,,Bestie Antyku" to ciekawa praca, systematyzująca i szeregująca najpopularniejsze bestie jakie możemy znaleźć na kartach mitologii Greków i Rzymian. Zaczynając od smoków i węży przez fauny, satyry, centaury, wilkołaki i stworzy będące pierwowzorem wampirów aż po gigantów i sfinksa, Anna Jankowiak wydobywa na światło dzienne większość stworów zamieszkujących antyczne krainy. Podpiera się mocno klasyczną literaturą, nie tylko po to by straszyć ale także by pokazać jaką funkcję mogły sprawować dane straszydła. Stara się sięgać głębiej i pokazać ich rodowód, koligacje oraz historie z nimi związane. Tam gdzie jest to możliwe wychodzi znacznie poza ramy i pokazuje także kontekst społeczny i antropologiczny. Bo wiele z opisanych stworów było objęte kultem i wiązały się z nimi konkretne zachowania religijne.

,,Bestie Antyku" to ciekawa pozycja pokazująca mitologię z innej strony i wyciągająca na pierwszy plan te kreatury, które normalnie czają się gdzieś na drugim planie. Może i trudno dowiedzieć się czegoś nowego ale systematyzuje wiedzę oraz nadaje jej odmienny kontekst. Pokazuje bogactwo i różnorodność świata antycznego oddalonego od zboczy Olimpu oraz próbuje tłumaczyć niektóre zjawiska widziane oczami starożytnych. Z pewnością jest to książka, która zainteresuje czytelników w każdym wieku i zapewni owocne i satysfakcjonujące popołudnie. Chyba największym minusem jest bardzo krótka forma, która tylko rozbudza apetyt na więcej. Mimo to polecam!
 
 p.s. WYZWANIE 2024 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu: 18,4 cm - 1,7 cm = 16,7 cm  

niedziela, 23 czerwca 2024

,,Rytuały" Dimitris Xygalatas

Tytuł oryginału: Ritual: how seemingly senseless acts make life worth living

 Zastanawialiście się kiedyś jaką rolę w naszym życiu odgrywają rytuały? Po co właściwie organizuje się chrzciny, wesela? Po co urządzamy przyjęcia z okazji urodzin? Uroczystości na zakończenie roku szkolnego? Pozornie spokojnie można by się bez tego obejść co doskonale pokazał rok pandemiowy 2020. Wszystko sprawnie działało, dzieci się rodziły, małżeństwa były zawierane, młodzież zaliczała kolejne stopnie edukacji jednak każdy miał poczucie, że jest to jakieś niepełne. Czegoś zabrakło, czegoś zostaliśmy pozbawieni. No właśnie, zabrakło rytuału, który temu powinien towarzyszyć.

Autor już na samym początku pracy poświęconej rytuałom, podkreśla, że właściwie są one bez sensu. Nie wnoszą nic nowego, nie zmieniają okoliczności i spokojnie można by się bez ich obejść ale paradoksalnie społeczeństwo (żadne) nie umie bez nich egzystować. Wcześniej przywołałam przykłady związane z moim kręgiem kulturowym czyli polsko-katolickim, jednak autor idzie znacznie dalej i pokazuje przykłady z różnych kultur zarówno z tych pierwotnych jak i rozwiniętych. I wnioski są jednoznaczne - potrzebujemy rytuałów, czyli czegoś co porządkuje nasze życie, wprowadza stałe powtarzalne elementy, określa tożsamość i przynależność do grupy. I paradoksem jest, że im bardziej skomplikowany czy wymagający rytuał tym buduje on większe poczucie zależności. Autor odwołuje się tutaj głównie do tradycji wielu krajów związaną z chodzeniem po ogniu. Ten bolesny i wymagający rytuał prowadzi do szokujących wniosków - reakcja organizmu nie jest zgodna z reakcją mózgu. Mózg czuje spokój, odprężenie podczas gdy całe ciało szaleje ze stresu. Paradoks.

Nie da się żyć bez rytuałów. I nie ważne czy to jest coś związane z religią, kulturą, społeczeństwem czy czymś zdecydowanie mniejszym jak symboliczny kopniak od przyjaciela przed egzaminem, potarcie talizmany przed stresującą rozmową kwalifikacyjną czy ... nawet wspólna zespołowa kawa w pracy. Tak, to wszystko rytuały i mają one ogromne znaczenie. Przede wszystkim wprowadzają rutynę i spokój do naszego zagonionego świata, identyfikują jako członków określonej społeczności, nadają znaczenie i wartościują zachowania, są takim placebo dla mózgu i punktami kontrolnymi. Nie da się od nich uciec a jeśli jakieś nawet próbuje się wyrugować to na ich miejsce pojawiają się nowe (np. festiwal The Burning Man w Stanach czy zastąpienie uroczystości chrztu przez baby shower). Te pozornie bezsensowne, nieuporządkowane, czasem bezcelowe działania są podwaliną cywilizacji i wbrew pozorom od nich bardzo, bardzo dużo zależy a odebranie ich powoduje niepokój, stres i zakłóca naturalny porządek. Dlatego polecam lekturę ,,Rytuałów" bo to fascynująca praca uświadamiająca rzeczy pozornie oczywiste i w bardzo przystępny sposób je wyjaśniająca. 

 p.s. WYZWANIE 2024 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu: 62,3 cm  - 1,9  cm = 60,4 cm. 

piątek, 5 stycznia 2024

,,Warcholstwo" Kamil Janicki

 


Najpopularniejsza wizja polskiej szlachty, to chyba ta, którą zaserwował nam Sienkiewicz w Trylogii. Dzielni, szlachetni, oddani państwu, romantyczni. Aż dziwne, że w kraju gdzie są tacy obywatele mogło dojść do tak wielu katastrof, z finalnymi rozbiorami. Cóż, tą wersję spokojnie można włożyć między bajki. Tak, byli może przedstawiciele polskiej szlachty, którzy stawiali los kraju ponad siebie ale zdecydowana większość w pierwszej kolejności myślała o sobie i to siebie stawiała wyżej niż króla czy nawet Polskę.

Kamil Janicki kontynuuje prezentacje stanów społecznych Pierwszej Rzeczpospolitej. Po szokującej ,,Pańszczyźnie" przyszła kolej na ,,Warcholstwo" czyli pracę poświęconą szlachcie. Trzeba chyba zauważyć na wstępie, że jest to praca mniej szokująca, mniej kontrowersyjna i dużo bardziej stonowana. Jednak to nie oznacza, że jest lekka i radosna. To systematyczny przegląd stanu, który w XIV wieku osiągnął najwyższe możliwe prawa, dzięki kolejnym przywilejom a potem sukcesywnie dążył do osłabienia roli króla i państwa. Szacuje się, że stan szlachecki to zaledwie ok. 10 % ówczesnych mieszkańców Polski ale to oni stali się symbolem Polaka, to od nich wywodzimy tradycje i kulturę, to wśród nich szuka się przodków. Tylko w polskich realiach szlachta mogła urosnąć tak bardzo w prawa oraz się zamknąć i nie dopuszczać do nowych nadań tytułów czy herbów. Zresztą co zaskakujące polscy szlachcice, (w przeciwieństwie do tych z innych krajów) w większości nie posiadali typowych dla arystokracji tytułów, chociaż ambicje mieli i dlatego stworzyli szalone kombinacje tytułów urzędowych. Autor pokazuje pewien przekrój. Opowiada o kulturze, umysłowości, nastawieniu, podejściu do polityki, państwa, finansach czy przywarach. Skutecznie rozprawia się z wieloma mitami jak choćby Polaka-patrioty - wojownika. Tak, każdy szlachcic chciał uchodzić za obrońcę i zabijakę ale większość to tylko pycha i zadufanie.

,,Warcholstwo" jest smutnym obrazem kraju, którzy miał potencjał ale którzy został zagrabiony przez jedną tylko grupę społeczną, która wykorzystywała go jako swoją dojną krowę. Szlachta nie musiała słuchać króla - bo przecież ona go wybierała, więc był on od niej zależny. I tak sytuacja wyglądała od czasów Ludwika Andegaweńskiego. Szlachta nie płaciła podatków, nie wspierała rozwoju miast czy wsi, nie dbała o obronę kraju, nie myślała o nikim oprócz siebie, nie tworzyła praw. Próbowała nadrabiać pychą, pyszałkowatością, wyższością i tworzoną na własny użytek legendą o wyższym pochodzeniu. Polska szlachta to był rak, który toczył kraj i nie pozwalał mu się rozwijać co w rezultacie doprowadziło do rozbiorów. Po tej lekturze ma się tylko smutne refleksje i niestety widać zbyt wiele analogii we współczesności. Polecam!

niedziela, 5 listopada 2023

,,Bułgaria. Złoto i rakija" Magdalena Genow


 Bułgaria to kraj, który nadal kojarzy się z PRLowskimi wczasami. Nadmorski kurort, który miał być namiastką wielkiego świata. Obecnie też wiele osób wybiera urlop na plażach Słonecznego Brzegu ale czy właściwie wiemy cokolwiek o samej Bułgarii? Ja przyznaję, że nie wiedziałam nic. Gdzieś po głowie przebiegała mi myśl, że w kryminałach czasem pojawia się bułgarska mafia ale raczej nie jest to skojarzenie, z którym ten kraj chciałby być łączony w pierwszej kolejności. Dlatego z ogromną ciekawością sięgnęłam po książkę Magdaleny Genow.

Dla Autorki Bułgaria to druga ojczyzna. Jako córka Polki i Bułgara na Bałkanach miała swoją rodzinę i swoje miejsce. I właśnie ta perspektywa wyznacza tor całej książce. Genow opowiada o babci, rodzinie, wakacjach spędzonych w okolicach Warny. Jest opowieść przesycona smakami dzieciństwa, obserwacją bliskich, szczególnie dziadków, oraz naturalnym zanurzeniem się w kulturze. Magdalena Genow pokazuje Bułgarię od środka by potem stopniowo wychodzić na zewnątrz i opowiadać o rzeczach, zjawiskach bardziej ogólnych. Opowiada o historii, kulturze, polityce. Pokazuje jak wielki wpływ miała ponad ośmiusetletnia turecka okupacja. Jej Bułgaria to miejsce styku, przenikania się kultur. Miejsce barwne, ciekawe, znacznie bardziej fascynujące i oferujące coś poza plażami i wakacyjnymi kurortami. Dużo miejsca w książce poświęca się też jedzeniu i piciu. Rakija zajmuje znaczące miejsce w bułgarskiej świadomości i oczywiście nie można jej pominąć. Autorka świetnie opowiada o bułgarskiej mentalności i bułgarskich zachowaniach.

,,Bułgaria. Złoto i rakija" to świetna opowieść wprowadzają w klimat Bułgarii, pokazująca jej trochę bardziej intymne oblicze. Autorka próbuje być obiektywna ale cały czas przebija jej miłość i tęsknota za dziadkami. W pewien sposób ta książka to bardziej pomnik ich życia, niż obraz całego kraju. Jednak nawet poprzez tę bardzo personalną perspektywę widać specyfikę, wyjątkowość i piękno Bułgarii. Jednak nostalgiczna atmosfera nie przysłania tej ciemniejszej, trudniejszej strony. Genow zwraca także uwagę na problemy i trudności w obliczu, których stanęła współczesna Bułgaria ale robi to na spokojnie, z troską i wyczuciem.

Z pewnością ,,Bułgaria. Złoto i rakija" zmienia spojrzenie oraz pokazuje kraj z zupełnie innej perspektywy. Zachęca do odwiedzenia, poszerzania wiedzy i do odkrywania kultury. To idealny wstęp, jeśli tak jak ja, nic wcześniej o Bułgarii nie wiedzieliście. Polecam!

p.s. WYZWANIE 2023 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu: 29,9 cm - 2,4 cm = 27,5 cm.    

 

czwartek, 24 sierpnia 2023

,,Jeździec bez głowy" Jack Hartnell

 Tytuł oryginału: Medieval Bodies: Life and Death in the Middle Ages

 Seria ZROZUM od Wydawnictwa Poznańskiego to moje zeszłoroczne odkrycie i wiem jedno, chcę więcej i będę sięgać w ciemno po każdy tom jaki tylko wpadnie mi w ręce. Tym razem razem z serią odbyłam fascynującą podróż do średniowiecza aby poznać co nasi przodkowie wiedzieli o ludzkim ciele i jakie mieli do niego podejście.

Autor przechodzi przez całe ludzie ciało od głowy aż po stopy. Opowiada nie tylko o tym co widoczne na pierwszy rzut oka ale także o zmysłach, sercu, wnętrznościach, układzie rozrodczym czy nawet wydalniczym. Każdy kolejny element staje się dla autora punktem wyjścia nie tylko do rozważań natury czysto biologicznej czy medycznej ale sięga znacznie głębiej. Opowieść o ciele nabiera szerszego znaczenie i staje się opowieścią o kulturze, historii, o społeczeństwie, religii i symbolice jaką wiązano z poszczególnymi elementami ciała. Zaskakujące jest, że ludzie średniowieczni wiedzieli całkiem sporo o tym jak zbudowany jest i jak funkcjonuje organizm człowieka czego dowodem są liczne ilustracje zawarte w książce.

,,Jeździec bez głowy" to solidna porcja wiedzy podana w bardzo przystępnej formie. Liczne ciekawostki, anegdoty, ilustracje odczarowują epokę, którą niesłusznie nazywa się ,,wiekami ciemnymi". Znajdziemy tu znacznie bogatszy, bardziej fascynujący obraz średniowiecza pokazany przez przyznam ciała. Pozwoli nam przez chwilę spojrzeć na organizm tak jak patrzyli nasi przodkowie, zrozumieć ich punkt widzenia, szczególnie, że autor mocno posiłkuje się zachowanymi tekstami źródłowymi oraz dostrzec w ciele coś więcej. Bo dla ludzi średniowiecza każdy element miał swoją symbolikę, znaczenie, więcej mówił o całym społeczeństwie niż indywidualnej jednostce. Jest to fascynująca lektura, od której ciężko się oderwać. 

p.s. WYZWANIE 2023 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu: 60,1  cm - 2,6 cm = 57,5 cm.    

wtorek, 10 stycznia 2023

,,To nie przystoi!" Mikey Robins

Tytuł oryginału: Reprehensible: Polite Histories of Bad Behaviour

 Podręczniki historii są pełne doniosłych wydarzeń i dostojnych postaci. Nobliwi, szanowani, poważni, mądrzy, rozważni tak wielu zapamiętała ludzkość. Ewentualnie na przeciwszali szaleńcy i dyktatorzy. Wszyscy jednak wydają się być zbudowani z mocnych cech. Zapominamy o tym, że byli dokładnie takimi samy ludźmi jak my i mieli swoje szaleństwa, bziki, chwile słabości, dziwactwa i byli wplątani w zdarzenia, na które dziś patrzymy z uśmiechem na ustach. Tak, wszyscy wielcy byli ludźmi i byli dziwni.

,,To nie przystoi!" to zebrane w jedną całość anegdoty o ludziach, których dziś pamiętamy tylko przez pryzmat wielkich wydarzeń. Nicola Tesla - wybitny wynalazca ale zakochał się w ... (nie powiem sprawdźcie), Newton - robił listę grzechów, Washington był  podporządkowany egocentrycznej matce, Benjamin Franklin - seksoholik, działający na dwóch kontynentach, Mozart miał ...hmmm.. dosyć specyficzne poczucie humoru. Zaintrygowani? A to tylko maleńki wycinek. Ta książka to swoisty ,,pudelek" dostarczająca mnóstwa plotek o najważniejszych postaciach historycznych i bawiąca na zmianę z szokowaniem. Jeśli wydaje się nam czasami, że współczesny świat jest zdegenerowany, szalony czy dziwny to takie publikacje udowadniają tylko, że od wieków nic się nie zmieniło. Oprócz tego, że dzisiaj mamy internet i plotki zdecydowanie szybciej się rozprzestrzeniają.

,,To nie przystoi!" to zupełnie świeże spojrzenie na historię. Bez patetyzmu, z dużą dawką humoru, ironii i sarkazmu. Wyciąga na światło dzienne wszystko to co historia próbuje zamiatać pod dywan. Pokazuje dużo bardziej ludzką, zwyczajną twarz tych, którzy obrośli już powagą, szacunkiem i ...nudą. Nagle dostojni ojcowie narodów nabierają kolorytu, stają się bardziej ludzcy dzięki swoim słabością i dziwactwom. Przestają być posągami a zaczynają być trochę bliżsi. Można się z nich pośmiać a nie tylko na odległość podziwiać. Z pewnością nie raz i nie dwa w trakcie lektury pojawi się oburzenie, zaskoczenie i histeryczny śmiech. I to jest najlepsze i dlatego polecam! 


p.s. WYZWANIE 2023 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu: 160,1 cm - 2,6 cm = 157,5 cm.     

sobota, 13 sierpnia 2022

,,I (nie) żyli długo i szczęśliwie" Jennifer Wright


Tytuł oryginału: It Ended Badly: Thirteen of the Worst Breakups in History

Prawie każdy dorosły człowiek zaliczył w swoim życiu jakieś rozstanie. Nieliczni szczęśliwcy spokojnie mówią sobie, że coś się skończyło i idą w swoją stronę, z pewną nostalgią wspominając to co właśnie się zakończyło. Niestety większość nie ma tego szczęścia ale, na szczęście, nie należą też do kategorii, która zaprezentowana jest w pracy Jennifer Wright.

Autorka z ogromny humorem i poczuciem dystansu opowiada historie niewątpliwie najgorszych rozstań w historii dziejów. Neron i Poppea, Henryk VIII i Anna Boleyn - to tylko najbardziej znane przykłady. Oprócz nich, cała plejada barwnych postaci, na które obecnie raczej patrzymy przez pryzmat ich dzieł. Bo przecież Edith Wharton bo dostojna autorka ,,Wieku niewinności" (właśnie kończę czytać - coś niesamowitego) a Oskara Kokoschke raczej tylko jako malarza kojarzymy. Zapominamy, że ci ludzie także żyli, odczuwali i kochali a ich życie nie ograniczało się do twórczości. Byli młodzi, zakochani, a co za tym idzie poznawali co znaczy rozstanie. I nie byłoby ich w tej książce gdyby te rozstania nie były spektakularne. Dla mnie osobiście największym szokiem było przeczytanie, że jedna z bohaterek została porzucona w noc poślubną, prawdopodobnie dlatego, że jej mąż nie wiedział jak wygląda naga, dorosła kobieta i że może posiadać włosy w różnych częściach ciała (!!!!)  Szok. Chyba już to powinno rozbudzić ciekawość i zachęcić do lektury. Bo Wright naprawdę się postarała i wybrała to co zaskakujące, szokujące i dające do myślenia. Płakanie w poduszkę i objadanie się lodami wcale nie jest najgorszym co może kogoś spotkać.

,,I (nie) żyli długo i szczęśliwie" to trochę Pudelek. Szokuje, zaskakuje i wyciąga na wierzch kontrowersyjne plotki. Pokazuje dostojne figury z kart historii z zupełnie innej, mniej dostojnej strony. Styl pisarstwa też przypomina trochę ten pudelkowy. Ma być lekko, łatwo i przyjemnie chociaż czasami to nuży, co nie zmienia fakty, że autorka solidnie oparła się na źródłach i stworzyła zupełnie nowe, bardzo kontrowersyjne i zmieniające spojrzenie na wiele osób. To także cenne źródło aby spojrzeć jak zmieniały się społeczne zachowania czy rytuały. Pewne zachowania (chociaż to nikogo nie tłumaczy) wynikały z czasów w jakich przyszło żyć postaciom, ich wychowania, edukacji czy wpływu innych osób. Z pewnością czas spędzony z tą książką nie będzie stracony i zapewniam nie raz będziecie zaszokowani. Polecam!

czwartek, 19 maja 2022

,,Rumunia. Albastru, ciorba i wino" Agnieszka Krawczyk

 

Chyba ze wstydem muszę przyznać, że jak wiele osób w Polsce miałam o Rumunii kiepskie, żeby nie powiedzieć złe zdanie. Był to kraj, który kojarzył mi się z brudem, biedą, kradzieżami i zdecydowanie powiedziałabym, że właśnie tam kończy się świat. Wszystko zmieniło się kilka lat temu, gdy jedna ze znajomych zdecydowała się rzucić krakowski korpoświat i przenieść się do Bukaresztu. Najpierw były jej opowieści, potem odwiedziny w Buka. I to miasto i ten kraj nabrały dla mnie zupełnie innego wymiaru.

I dokładnie tak samo jest w tej książce. Agnieszka Krawczyk idealnie odczarowuje mit Rumunii jako kraju trzeciego świata. Pokazuje to co ciekawe, nietuzinkowe, barwne i fascynujące. Jej opowieść o Rumunii nie da się streścić czy sprowadzić do jednej wspólnej tezy. Unika banału i stereotypów, bardzo mało miejsca poświęca np. Drakuli, zamiast tego przybliżając to co chowa się gdzieś w tle, a jest nie mniej interesująca. A każdej strony bije fascynacja i zachwyt jaki ma autorka do tego kraju. I chyba dzięki temu jeszcze lepiej się ten reportaż odbiera. Nagle Rumunia przestaje być synonimem czegoś gorszego, staje się miejsce, które koniecznie całe chce się zobaczyć. Od gór po morze, od Bukaresztu po maleńkie wioski. Od wielkich zamków i pałaców po małe chatki. To opowieść o niezwykłej, zupełnie pomijanej w europejskiej świadomości, kulturze, barwnych tradycjach i niezwykłych zwyczajach.

Ale oczywiście jak każda historia, ta także nie byłaby pełna bez wspomnienia o trudnościach z jakimi obecnie i w przeszłości mierzyła się Rumunia. Są przybliżone w bardzo przystępnej formie czasy dyktatury Ceausescu. Przebudowa stolicy kraju, która zniszczyła i zmieniła na zawsze obraz miasta. I jest chyba najbardziej poruszający i zapadający w pamięć list, odwołujący się do czasów gdy aborcja była zakazana a w Rumunii prowadziło się bardzo intensywną politykę mającą na celu zwiększenie liczby ludności. Nie wiem, czy będzie w stanie ktoś przeczytać to absolutnie bez emocji. Jest to coś przerażającego i destrukcyjnego.

Obraz Rumunii jaka  wyłania się z kart książki jest fascynujący i jedyny w swoim rodzaju. To kraj, który gdy się pokocha, gdy raz zauroczy, nic już tego nie zmieni. Nie raz zaskoczy, nie raz zirytuje swoim specyficznym podejściem do czasu, pracy, obowiązków ale w tym wszystkim jest niepodrabialny urok i czar. Jest nieprzewidywalnie, szalenie i cudownie. I właśnie taka też jest ta książka. Polecam!

p.s. WYZWANIE 2022 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu:  94,3 cm - 2,4  cm =  91,9 cm.     

 

niedziela, 27 lutego 2022

,,Pańszczyzna" Kamil Janicki

 

Ostatnio dowiedziałam się, że jestem stuprocentową potomkinią chłopów z małopolskiej wsi. Niby nic zaskakującego bo na wsi się urodziłam i wychowałam. Zaskakujące jednak było zobaczenie wyciągu z XVIII wiecznego galicyjskiego rejestru i zobaczenie własnego nazwiska dokładnie w tym samym miejscu na mapie co obecnie. To tylko potwierdziło, że przynajmniej od 250 lat, moja rodzina mieszka i uprawia dokładnie tą samą ziemię. Niby nic, ale szokujące  i zaskakujące odkrycie. I pewnie nie jestem jedyna, wielu Polaków znajdzie, w zakamarkach przeszłości swoich rodzin dokładnie tą samą sytuację. Niektórzy będą musieli się trochę namęczyć żeby zlokalizować miejsce skąd pochodzą, jeśli różne koleje losu rzuciły ich w inne miejsca. Jednak jedno jest pewne - zdecydowana większość Polaków wywodzi się nie z szlachty ale z chłopstwa.

Chyba podświadomie, obecnie, mamy pewną romantyczną wizję wsi. Szczęśliwi chłopi, piękne zagony, zadbane zwierzęta i radosny, kolorowy folklor. Piękny obraz ale fałszywy. Polska wieś na przestrzeni wieków wcale nie była miejscem radosnym, szczęśliwym czy nawet bezpiecznym. Chyba więcej wiemy o sytuacji ludności pochodzącej z Afryki w XVIII i XIX wieku w Stanach Zjednoczonych niż o własnych przodkach a tak naprawdę te dwie historie są bardzo podobne. Chłopi w Rzeczpospolitej nigdy nie byli traktowani na równych, czy chociaż podobnych prawach do szlachty. Ba., oni nawet nie byli uznawani za ludzi. Byli bezwzględną własnością pana a stan ten pogłębił się po potopie szwedzkim. Do tego momentu panowała pewna autonomia na wsi, potem było tylko gorzej. Chłopi byli bezwzględnie wykorzystywanym narzędziem, okrutnie wykorzystywany, obdzieranym ze wszystkiego co posiadał, zmuszanym do pracy ponad siły i bezczelnie manipulowanym aby nie był w stanie się przeciwstawić. Chłopi nie mieli żadnych praw, nie przysługiwała im żadna opieka, oprócz ,,litościwej" ręki pana.  Chyba nie będzie zaskoczeniem, że takie postępowanie prowadziło do tego, że mieszkańcy wsi nie czuli się Polakami, nie czuli się związani z Polską i to co działo się z krajem niewiele ich obchodziło. W niektórych miejscach upadek Rzeczpospolitej nawet był im na korzyść bo złagodził wyzysk i wpłynął na poprawę ich stanu.

,,Pańszczyzna" szokuje i przeraża. To bardzo czarny element naszej historii. Historii, która dotknęła zdecydowaną większość społeczeństwa. Janicki stawia tezę, że to właśnie wielowiekowe wykorzystywanie ludności chłopskiej wpłynęło na wykształcenie się wielu postaw, które są nadal obecne w społeczeństwie. Nieświadomie ciągniemy i powielamy to co, zostało nam, jako społeczeństwu, wpojone w trakcie czterystuletniego okresu, kiedy obowiązywał system pańszczyźniany. Czy tak jest rzeczywiście? Chyba każdy indywidualnie powinien przeczytać, przemyśleć i zrozumieć czym właściwie było polskie niewolnictwo, z jakim okrucieństwem, wręcz bestialstwem było związane, na czym Polska przez wiele wieków próbowała budować swoje bogactwo. Nie jest to łatwa i przyjemna lektura. Nie snuje wizji ,,wsi spokojne, wsi szczęśliwej". Wręcz przeciwnie, z każdej strony wieje strachem, niepewnością, zgrozą i na koniec oburzeniem, że coś takiego było możliwe i to tak długo a obecnie, zupełnie odeszło w niepamięć. Polecam gorąco!

  p.s. WYZWANIE 2022 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu:  133,9  cm - 2,8  cm =  131,1 cm.

 

niedziela, 2 stycznia 2022

,,Sobremesa" Mikołaj Buczak


Pierwsze skojarzenia na temat Hiszpanii to oczywiście słońce, plaża, Barcelona, corrida. I poprawnie. Bo przez wiele lat poprzez takie hasła sama Hiszpania budowała swoją popularność jako celu turystycznego. Próbowała przyciągnąć turystów  uwypuklając to co z ich perspektywy jest najatrakcyjniejsze. Cel został osiągnięty ale teraz, paradoksalnie, ten kraj padł ofiarą swoich własnych działań. Bo większość osób wybierających Półwysep Iberyjski na cel swoich wakacyjnych podróży jest zaskoczone, że można tam znaleźć coś zupełnie innego. Bo Hiszpania nie jest tak jednorodna jak mogłoby się wydawać. Jest zbitkiem kultur, narodowości, języków i tradycji. I właśnie to Mikołaj Buczak próbuje wydobyć i pokazać.

,,Sobremesa" - ,,dookoła stołu" to tam w mniejszym lub większym stopniu kręci się opowieść Buczaka o Hiszpanii. Ale to nie jest tylko jedzenie i picie, chociaż zajmują ważne miejsce w tej opowieści. Przy stole przecież nie tylko biesiadujemy ale także rozmawiamy, poznajemy ludzi, ich zwyczaje, nawyki, tradycje. I właśnie taka jest ta opowieść. Niczym historie opowiadane przy stole - raz pełne śmiechu, zabarwione żartami, przesycone sympatią i luzem, innym razem poważne, odsłaniające problemy z jakimi boryka się na co dzień, lekko narzekające czy zaniepokojone. To historie różnych ludzi, pokazujących swoje codzienne nawyki, zaskakujące tradycje czy zwyczaje, odsłaniających swoją mentalność. A okazuje się, że w Hiszpanii nic nie jest takie proste i oczywiste jak mogłoby się wydawać. Bo chociaż siesta, corrida nasuwają się od razu, to jednak hiszpańska tradycja jest dużo bogatsza i dużo bardziej różnorodna. Przejawia się to w każdym aspekcie a przede wszystkim w jedzeniu, któremu poświęcone jest całkiem sporo miejsca.

,,Sobremesa" to opowieść wyzwalająca tęsknotę za podróżami, spotkaniami z innymi ludźmi, odwiedzaniem nowych miejsc i próbowaniem nowych smaków. Autor stara się unikać stereotypów i banałów,  próbując pokazać jak najbardziej różnorodne oblicze Hiszpanii. Mimo, że stara się pozostać obiektywny to przebija jego zachwyt i uwielbienie dla tego kraju. Chyba dzięki temu czytelnik może chociaż przez chwilę poczuć się jak przy hiszpańskim stole, wśród przyjaciół. Polecam!

 

  p.s. WYZWANIE 2021 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu:   2,9 cm - 2,0 cm = 0,9  cm.     

 ,

wtorek, 29 czerwca 2021

,,Szwajcaria. Podróż przez raj wymyślony" Agnieszka Kamińska

 

Prawie sześć lat temu zostałam wysłana na szkolenie do Zurycha. Oprócz pracy i nauki mogłam zwiedzać i poznawać kraj i ludzi. Jedno zdarzenie chyba najlepiej pokazuje różnicę w mentalności. W weekend razem z kolegą zwiedzaliśmy miasto i chcieliśmy w pewnym momencie przejść na drugą stronę ulicy. Przejście dla pieszych było jakieś dziesięć - piętnaście metrów dalej ale my chcemy skrócić sobie drogę. Zrobiliśmy krok na jezdnię i patrzymy, nadjeżdża policja. Wróciliśmy szybko na chodnik, nauczeni polskim doświadczeniem. A policja zatrzymała się przed miejscem gdzie chcieliśmy przejść i machała nam żebyśmy śmiało przechodzili.

Od tamtego momentu jeszcze przez pięć lat dane mi było pracować ze Szwajcarami. I jedno z całą pewnością mogę powiedzieć. Są specyficzni. Były momenty gdy praca z nimi była czystą przyjemnością, ale były także gdy różnice kulturowe dochodziły do głosu. Dlatego bez wahania sięgnęłam po książkę Agnieszki Kamińskiej idealnie podsumowującej Szwajcarię. Bo jest to kraj kontrastów, sprzeczności, różnorodności, która paradoksalnie go spaja. Obecni w Europie ale biorący z niej to co korzystne, a w chwilach trudnych zasłaniający się neutralnością. Przyjaźni, otwarci ale równocześnie zachowujący dystans społeczny. Bogaty kraj ale równocześnie generujący ogromne koszty. Zdyscyplinowany ale równocześnie absurdalny i wewnętrznie podzielony. Wiele by tu można wymieniać. Każdy kto chociaż przez jakiś czas miał kontakt z Szwajcarami będzie mnożył przykłady i potwierdzał jak bardzo wyjątkowym krajem jest państwo helweckie.

Szwajcarię można uwielbiać za wiele: krajobraz, kulturę pracy, otwartość, jedzenie ale tak samo wiele można im zarzucić. Kamińska świetnie to zbiera i pokazuje ten kraj o trochę innej mniej znanej strony. Jest swojsko, domowo, prywatnie a przez to bardziej nierzeczywistym wydaje się to państwo. Bo czy ono naprawdę istnieje i funkcjonuje? Każdy kto choć trochę jest ciekawy, powinien bezwzględnie sięgnąć po ten reportaż. Jest idealny: trochę anegdot przeplatanych poważnymi zagadnieniami, rozprawia się z popularnymi mitami ale także odkrywa zupełnie nieznane i mało popularne szwajcarskie tradycje. Polecam! 

 

  p.s. WYZWANIE 2021 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu: 89,7 cm - 2,1 cm = 87,6  cm.

 

niedziela, 3 listopada 2019

,,Laponia. Wszystkie imiona śniegu" Marta i Adam Biernat


Oczywiście, że pierwszym skojarzeniem, z pojęciem ,,Laponia" jest Święty Mikołaj i jego renifery. Wiem, to bardzo stereotypowe i zupełnie nieprawdziwe wyobrażenie. Bo chociaż Mikołaj zamieszkał w Laponii to zrobił to w latach 70-tych XX wieku jako wyrób marketingowy ale przynajmniej renifery były tam od zawsze. Laponia to nie maleńki kawałek Finlandii, Laponia to potężne terany rozciągające się pomiędzy czterema państwami skandynawskimi. To terany, które od wieków zamieszkiwały właśnie renifery i ich właściciele - Saamowie.

Reportaż Marty i Adama Biernatów trudno nazwać relacją z podróży. Dużo lepiej pasuje kompendium wiedzy o Laponii i Lapończykach. Właściwie nie czuć tam obecności autorów zamiast tego dostajemy zebrany i wyselekcjonowany zbiór ciekawostek, wierzeń, legend oraz relacji opisujących ten region i jego mieszkańców. Autorzy zebrali w jedną całość wszystkie najważniejsze i najbardziej charakterystyczne informacje z różnych źródeł i spakowali wszystko w jedną całość. Jest trochę o języku, tradycji, pochodzeniu Saamów. O tym jak budują więzi społeczne, czym się zajmują i zajmowali przez wieku, jest o ich podejściu do pór roku, jest sporo legend i wierzeń. I chociaż samo w sobie to wszystko jest ciekawe i odsłania zupełnie nowe oblicze tego fascynującego regionu to czegoś zabrakło mi w tej relacji. Chyba brakło mi takiego prawdziwego zachwytu i zainteresowania. Wszystko jest tak  poprawne i idealne, że brakuje tam miejsca na własne odkrycia, własne spojrzenie, brakuje trochę świeżości - w zasadzie wszystko to powtórzenie czegoś co już wcześniej ktoś powiedział, co ktoś inny zebrał.

,,Laponia. Wszystkie imiona śniegu" to interesująca książka ale skierowana do kogoś kto szuka tylko podstawowych informacji o regionie.  Nie wychodzi ona zbytnio ogólne informacje, które każdy prawdziwie ciekawy znajdzie w internecie. Jej największym plusem jest to, że zbiera wszystkie te wiadomości w jedną, spójną całość. Z pewnością warto od tej książki zacząć a potem samemu dalej kontynuować poszukiwania wiedzy o tym fascynującym regionie i zamieszkujących go plemionach. 

p.s. WYZWANIE 2019 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu: 40,8 cm - 2,2 cm = 38,6 cm.

środa, 10 lipca 2019

,,Przemytnicy książek z Timbuktu" Charlie English

Tytuł oryginału: The Storied City: The Quest for Timbuktu and the Fantastic Mission to Save Its Past

Wręcz niesamowitym jest, że takie historie rozgrywają się współcześnie i to dokładnie pod nosem opinii publicznej. Wydarzenia jakie rozegrały się w Mali w 2012 i 2013 roku stanowią gotowy materiał na niezły film sensacyjno-przygodowy pełen akcji, napięcia, chociaż z jednym komercyjnym minusem - głównym bohaterem nie będzie amerykański przystojniak ale zwykły malijski bibliotekarz.

Afryka przez bardzo długi okres czasu uważana była za gorszy kontynent. U podstaw tego leżało przeświadczenie, że nie powstała tam żadna ciągła i udokumentowana kultura. Dopiero odkrycie w XIX wieku manuskryptów pochodzących z XV i XVI wieku zaczęło zmieniać ten błędny pogląd. Okrycie wyraźnie udowadniało, że w Afryce Zachodniej prężnie działał ośrodek kulturalny i naukowy, rozwijało się cywilizowane państwo a bezcenne manuskrypty, są jego rezultatem. Były to nie tylko traktaty naukowe, pisma religijne, prawnicze ale także zwykłe notatki, wiersze, listy. Wszystko to było przechowywane i zabezpieczane nie tylko w publicznych bibliotekach ale przede wszystkich w prywatnych kolekcjach.

Zagrożenie dla istnienia manuskryptów pojawiło się nagle, wraz z agresją dżihadystów w 2012. Wtedy to grupka osób pod kierunkiem Abdela Haidary zdecydowała się na szalony, niebezpieczny krok jakim było wywiezienie rękopisów z Timbuktu. Działali tak aby dżihadyści się nie zorientowali i aby uprzedzić prawdopodobnie nieuchronne spalenie manuskryptów. Było to wręcz tytaniczne dzieło polegające na przetransportowaniu z okupowanego Timbuktu ok. 400 000 (!!!) manuskryptów zgromadzonych w ponad 2000 skrzyń. Czyste, trudne do skoordynowania i zorganizowania szaleństwo.

Ale powieść Charliego Englisha to nie tylko opowieść o tej nieprawdopodobnej akcji. To także historia eksplorowania Afryki, historia poznawania, zdobywania i w końcu doceniania Czarnego Lądu. Autor stworzył reportaż, w którym przeszłość przenika się z teraźniejszością i ją uzupełnia, dając odpowiedź dlaczego akurat te dokumenty są aż tak ważne. Mimo, że to całkiem rzetelny reportaż nie brakuje w nim ducha przygody, szaleństwa i brawury jakimi to cechami kierowali się XIX-wieczni odkrywcy.

Reportaż mnie zaskoczył i zaciekawił, nie zdawałam sobie sprawy, że takie rzeczy mogą mieć miejsce współcześnie. Reportaż przede wszystkim uświadamia, że międzynarodowy patronat to za mało jeśli chodzi o zachowanie i zabezpieczenie dziedzictwa kulturowego danej społeczności, bo najważniejsze jest osobiste zaangażowanie i poczucie tego co ważne. 

p.s. WYZWANIE 2019 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu: 85,8 cm - 3,8 cm = 82,0 cm.

wtorek, 16 kwietnia 2019

,,Szczęśliwy jak łosoś" Anna Kurek



,,Szczęśliwy jak łosoś" to bardzo sympatyczny zbiorek impresji, obrazków, których bohaterami są Norwedzy. Autorka, Polka od kilku lat mieszkająca w Norwegii w ciekawy i wciągający sposób opowiada o tym co ją zachwyca, zadziwia oraz fascynuje w tym skandynawskim kraju.

Sama autorka przyznaje, że w pierwszym zamyśle miała to być książka łatwa, sympatyczna i przyjemna. Takie po troszę rozprawianie się ze stereotypami, trochę budowanie wizerunku takiego poczciwego, spokojnego Norwega, którego życia to natura i życie w imię zasad Jantego (czyli nie wyróżniaj się i bądź taki jak inni). Dodatkowo całość okrasić lekkim humorem i potraktować z przymrużeniem oka. I taka ogólnie jest wymowa książki, chociaż nie udało się w całym tekście utrzymać takiego nastawienia. Nie da się opowiadać o Norwegii, nawet będąc największym miłośnikiem tego kraju, bez poruszenia kilku ważnych tematów. Dlatego pojawia się kwestia norweskiej edukacji, alkoholu i snutu, jest i coś o ropie oraz nonszalanckim podejściu do ekologii. Nie zakłócają jednak te ,,mroczne" tematy ogólnej, bardzo optymistycznej wymowy książki.

Książkę Anny Kurek o Norwegii i Norwegach czyta się rewelacyjnie. Lekka, pozytywna, bardzo wyważona jeśli chodzi o zagadnienia tematyczne jest chyba przeniesieniem tego co autorka myśli o tym kraju. Z każdej strony wręcz bije jej fascynacja i zachwyt. Może i w tym brak obiektywizmu ale nie o obiektywizm chyba tam chodzi. Przyznaję, że opowieść bardzo ociepla wizerunek Norwegii, sprawia, że można uwierzyć, że tam po prostu żyją szczęśliwi ludzie. Szczęśliwi jak łosoś.

środa, 1 sierpnia 2018

,,Bałtyk. Historie zza parawanów" Aleksandra Arendt


,,Bałtyk. Historie zza parawanów" to wprost idealna wakacyjna, urlopowa lektura. Autorka przybliża trochę inne spojrzenie na polskie Wybrzeże. Od Wolina aż po Hel, przemierza brzeg morza by opowiedzieć niesamowite, nieoczywiste a czasem i trochę zapomniane historie.

Jak wygląda praca współczesnego latarnika? Jak to było z kościołem w Trzęsaczu? Gdzie leżały zapomniane osady? Skąd w morzu lokomotywy? I przede wszystkim co wspólnego mają skoki narciarskie i wybrzeże? Interesujące? Mnie zaintrygowało i skłoniło do przeczytania. I wcale nie żałuję. Lekka, naszpikowana ciekawostkami i niezwykłymi fotografiami książka, która bardzo przyjemnie się czyta. Może nie zaskakuje szczególnie wnikliwymi badaniami czy odkrywczymi spostrzeżeniami. Jednak zwraca uwagi na mniej znane szczegóły, daje odczuć lokalny koloryt oraz przybliża historię mniej znanych miejsc. Ogromnym plusem jest to, że autorka nie próbuje być naukowcem czy badaczem za wszelką cenę, jest dociekliwym turystą, zafascynowanym wybrzeżem Bałtyku. Zbiera legendy, wspomnienia, wzmianki by potem złożyć je w jedną całość przystępna dla wakacyjnego czytelnika.

Ja swój urlop spędzałam w górach, dzięki autorce jednak choć na chwilę przeniosłam się nad morze. Polecam.

czwartek, 1 lutego 2018

,,Rekin i baran. Życie w cieniu islandzkich wulkanów" Marta i Adam Biernat


Marta Biernat bezgranicznie zakochała się w Islandii. Dotychczas spędziła tam ponad półtora roku. Każdy jej pobyt na tej tak oddalonej, mroźnej wyspie sprawia, że odkrywa tam coraz nowe, niezwykłe rzeczy i miejsca. Specyficzne położenie oraz odcięcie od kontynentu europejskiego sprawiło, że Islandia nabrała niezwykłego klimatu i wykształciła charakterystyczne tylko dla siebie modele zachowań, nie mówiąc już o niezwykłym, wręcz kosmicznym krajobrazie i specyficznych formach przyrodniczych.

,,Rekin i baran" to specyficzny przewodnik po Islandii. Pełen informacji zarówno historycznych, społecznych jak i kulinarnych oraz przyrodniczych. Autorka ciekawie opowiada o wszystkim czym ten wyspiarski kraj charakteryzuje się. Pokazuje inność i wyjątkowość, zarówno przyrody jak i ludzi. Reportaż przepełniony jest taką ilością informacji, że wręcz można poczuć klimat tego miejsca. Marta Biernat snuje opowieść zaczynając od czasów pierwszych kolonizatorów - Wikingów, przez historie z okresu polowań na czarownice, mówi o specyfice wierzeń, typowych zwyczajach, potrawach ale i współczesnych zachowaniach i tradycjach. Robi to ciekawie i w sposób wciągający. Początkowo jej styl narracji sprawia wrażenie trochę chaotycznego ale gdy się już do niego przyzwyczai można dać się porwać strumieniowi myśli i skojarzeń i razem z nią wędrować po Islandii.

Opowieść ubarwiają piękne, klimatyczne zdjęcia Adama Biernata. W pełni oddają klimat opowieści, podkreślając surowe piękno wyspy i uwypuklając to co jest tam najbardziej fascynujące. Nie sposób się od nich oderwać, kuszą oraz budzą pragnienie przekonania się na własne oczy, że te miejsca naprawdę istnieją a nie są tylko wytworem wyobraźni.

p.s. WYZWANIE 2018 - Przeczytaj tyle ile masz wzrostu:  152,9 cm - 2,4 cm = 150,5  cm