poniedziałek, 6 października 2014

,,Wiedeńska gra" Carla Montero


Przyznaję, że w ten weekend nie istniałam dla świata i nawet nie wiem jak to się stało. Otworzyłam książkę w autobusie a potem świat wykreowany przez Carlę Montero tak bardzo mnie pochłonął, że gdy skończyłam zorientowałam się, że jest niedziela.

Początek XX wieku, tak do wybuchy I wojny światowej zawsze mnie fascynował. Miał swój niepowtarzalny urok, otoczkę romantyczności, galanterii przetykaną nowoczesnością i przebłyskami ogromnym zmian jakie zaczną zachodzić w świecie. Autorce całkiem zgrabnie udało się to wszystko uchwycić w powieści ,,Wiedeńska gra" - dodała aferę szpiegowską, szczyptę Orientu, wątek miłosny i powstała lektura, którą się pochłania. Przyznaję, że w pewnym momencie zwroty akcji mnie zaskoczyły. Tak samo jak wzajemne relacje między bohaterami. Cóż, stanowi to tylko plus.

Oprócz zalet, niestety w niektórych momentach widać, że jest to debiutancka powieść: za szybkie przejścia między wątkami, w pewnych momentach nie do końca wiedziałam o co chodzi, pewna naiwność fabularna. Ale nie jest to jakieś bardzo rażące. Mimo wszystko polecam, szczególnie gdy szuka się lekkiej lektury na weekend.

piątek, 3 października 2014

Stary Ekspres Patagoński



,,Wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet. Ściskając w ręku kamyk zielony patrzeć jak wszystko zostaje w tyle..”

Ten fragment piosenki wyjątkowo dobrze oddaje klimat powieść ,,Stary Ekspres Patagoński” Paula Theroux. Książka zaczyna się nad wyraz zwyczajnie: ot, wychodzi facet z domu i wsiada do metra w Bostonie. Jednak metro, którym tysiące ludzi  zdąża do pracy dla niego jest dopiero wstępem do wielkiej podróży wzdłuż obu Ameryk. Paul wybiera przede wszystkim pociągi: czasem stare, zdezelowane, poruszające się ślimaczym tempem po niestabilnych torach w jeszcze bardziej niestabilnych krajach. Jego zachowanie w nich nie różni się bardzo od tego co znamy: pije, śpi, czyta i obserwuje krajobraz za oknem oraz współtowarzyszy podróży.

Akcja tak jak stary pociąg posuwa się powoli. Za oknem zmieniają się krajobrazy. Od zasypanego śniegiem Bostonu, tropikalną Amerykę Środkową, górzyste Andy aż po upragniony ,,koniec świata” – Patagonię. Zmieniają się otaczający go ludzie: jedni są dowcipni, dumni ze swego pochodzenia i kraju, inni – sterani życiem biedacy, nie oczekujący od życia już niczego więcej. Spotyka też innych podróżników – czasem naiwnych, czasem głupich, czasem podróżujących bez celu. Jest to świetne studium antropologiczno - społeczne Ameryk końca lat siedemdziesiątych.

Ostatnio zdarzało mi się kilkakrotnie sięgać po powieści podróżnicze, które miały opowiadać o niezwykłych miejsca i ludziach tam żyjących. Ta akurat powieść niespecjalnie wpisuje się w te ramy. Szczerze, opis Patagonii jest chyba najkrótszy w całej ponad 500-stronnicowej powieści. A tytuł sugeruje, że akurat to miejsce będzie kluczowe dla całej akcji. I w pewnym sensie tak jest.
             

piątek, 26 września 2014

Piećdziesiąt twarzy żenady

Każdy już chyba pastwił się nad tą książką. Prawdopodobnie więcej czytałam złych opinii aniżeli dobrych. Chodź dobre przenosiły się raczej za pomocą jakiegoś ,,głuchego telefonu", czego dowodem może być fakt, że w pewnym momencie zauważyłam, że wszystkie dziewczyny i kobiety w autobusie czytają Greya. Aż sama zaczęłam się rozglądać, czy przypadkiem nie rozdają go gdzieś na przystanku.

Nie mam zamiaru powtarzać tego co już napisano, wytykać błędów czy braków. Za to chcę pokazać co mnie śmieszyło:

1) Ana, lat 21, nie ma ubrań poza jedną parą dżinsów (o koszulkach nic nie wiadomo). Współlokatorka Kate, została wprowadzona tylko w celu pożyczania jej ciuchów. Jak ona przeżyła cztery lata w Portland, nie rozumiem, ale przynajmniej oszczędziła kupę kasy... hmmm.. tylko gdzie ją ma???
2) Ana, kończy studia w 2011 roku i nie posiada komputera (sic!) Też kończyłam studia w 2011 i bez mojego ogromnego, wolnego ,,Franka" (który jest już w krainie wiecznych komputerzych łowów) raczej niewiele bym zrobiła. Może w USA do studiowania wystarczy iPod...
3) Christian, niby ma ogromne doświadczenie, wszystko zna a za cokolwiek się bierze to pierwszy raz. To wychodził kiedyś z tego Czerwonego Pokoju czy nie??
4) Postacie drugoplanowe, wytłumaczy mi ktoś po co one tam są skoro nic, absolutnie nic nie wnoszą?? Sorry, Kate wnosi ubrania, w których chodzi Ana, ale reszta??
5) A teraz najważniejsze, to o czym niby jest ta książka - seks. Jak dla mnie to niewiele różni się on w opisie od przepisu kulinarnego. Wziął, zrobił, skończył. Zero jakichś uczuć czy emocji.
6) Wewnętrzna bogini. To jest coś takiego?? Kurczę, tyle lat żyłam w nieświadomości.

Jest jeszcze parę kwiatków ale dam sobie z tym spokój, chyba każdy wie o co mi chodziło. Szkoda, że rozpętała się koło niej taka burza. Nie jest ona warta aż tak dużego zainteresowania.

środa, 25 czerwca 2014

Bon Jovi Kiedy byliśmy piękni

Był rok 2000, miałam 12 lat kiedy po raz pierwszy usłyszałam ,,It's my life" Bon Jovi. Długo później chodziłam i prosiłam rodziców, żeby kupili mi (jeszcze wtedy!) kasetę ,,Crush". Nie przypuszczałam, że w ten sposób zaczyna się moja najdłuższa i najlepsza przygoda muzyczna.

Bon Jovi towarzyszą mi zawsze. Razem z nimi kończyłam kolejne szkoły, zdawałam egzaminy, pisałam prace zaliczeniowe. Byli moim budzikiem. Towarzyszyli mi gdy szłam na rozmowę o pracę. Włączam ich piosenki gdy jestem szczęśliwa, smutna, zmęczona, gdy roznosi mnie energia. Nie umiem wyobrazić sobie sytuacji, kiedy nie mam pod ręką którejkolwiek z płyt czy choćby ulubionych kawałków.

Sięgnięcie po album Bon Jovi Kiedy byliśmy piękni to wisienka na torcie.  Cudownie było siąść, słuchać największych przebojów, czytać wywiad i podziwiać rewelacyjne zdjęcia. Przyznam, że nie interesuje mnie ich życie prywatne ale czytanie o historii zespołu, ich wizji jego przyszłości, o tworzeniu piosenek, które nucą pokolenia, życiu w trasie i wzajemnych relacjach między ,,chłopakami" było niesamowitym przeżyciem. Stali się mi jeszcze bliżsi.

Album to podsumowanie dwudziestu pięciu lat działalności zespołu. Taki szybki, fotograficzny przegląd najważniejszych momentów z jego życia. Obowiązkowa pozycja w biblioteczce każdego fana Bon Jovi.
polecam gorąco!!






piątek, 25 kwietnia 2014

,,Doktor Sen" Stephen King

,,Doktor Sen”


Lubicie Stephena Kinga? Ja nie specjalnie. Mimo to zdarza mi się sięgać po jego książki. Stosuję wtedy wobec niego zasadę Jonathana Carrolla czyli czytam 50-100 stron i sprawdzam czy opowieść mnie porwie. Jeśli nie, odkładam i nigdy do niej nie wracam (tam miałam np. w przypadku ,,Stukostrachów”). Jeśli tak, kończę i nigdy nie jestem rozczarowana.

Po powieść ,,Doktor Sen” sięgnęłam z ciekawości co King zrobi jeśli pierwszą cześć, czyli kultowe ,,Lśnienie” zakończył wybuchem, dosłownie i w przenośni. Poprzeczkę miał rzeczywiście wysoko postawioną. Chyba musiał się liczyć z faktem, że może zostać znienawidzony przez pokolenia (w końcu od pierwszego wydania minęło już ponad 30 lat) miłośników horroru, gdy coś pójdzie nie tak.

Ale do rzeczy. Główny bohater to podobnie jak wcześniej, Dan Torrence. Teraz dużo starszy, sponiewierany przez życie, próbujący gdzieś znaleźć spokojną przystań. Jest niepijącym alkoholikiem i pracownikiem domu spokojnej starości. Jak początkowo się wydaje, przypadkowo, los zetknie go z Abrą, dzieckiem tak samo jak on posiadającym ,,jasność”. Na ich drodze stanie także ,,organizacja” nazywająca siebie Prawdziwym Węzłem, która żywi się poprzez torturowanie jaśniejących dzieci.

Trzeba to przyznać, że walka Dana i Abry z Prawdziwym Węzłem jest momentami przewidywalna ale w tym przypadku nie stanowi to, aż takiego minusa. Akcja toczy się płynnie, nie ma niepotrzebnych wątków, wszystko łączy się w spójną całość, szybko biegnącą ku finałowemu starciu. Kto przeżyje a kto zginie, kto okaże się wrogiem a kto nieoczekiwanym sprzymierzeńcem, tego musicie dowiedzieć się sami.

Polecam i gorąco zachęcam do sięgnięcia, dobra książka na zbliżającą się majówkę. Nie jest to już typowy horror, gdzie co drugą stronę coś próbuje nas straszyć, bardziej uniwersalna powieść o walce dobra ze złem. Spokojnie mogą skusić się także ci, którzy nie przepadają za baniem się.

środa, 16 kwietnia 2014

,,Tuwim. Wylękniony Bluźnierca" Mariusz Urbanek

Poeta wiecznie żywy


Tuwim dla mnie to przede wszystkim autor wierszyków dla dzieci, na których się wychowałam ja, jak i całe pokolenia. Bo kto nie zna ,,Lokomotywy”, ,,Słonia Trąbalskiego” czy ,,Ptasiego radia”. W liceum ,,kazano” nam przeczytać ,,Wiosna (dytyramb)”, ale wiersz ten przeszedł bez echa. Był jednym z wielu czytanym przed maturą i zapominanych po. Nie wzbudzał już ani we mnie ani w moich rówieśnikach żadnych emocji, straciła dla nas na znaczeniu jego obrazoburcza wymowa. Gdzieś na studiach usłyszałam ,,Do prostego człowieka” w wykonaniu zespołu Akurat ale bardzo długo nie łączyłam tego utworu z osobą Tuwima. 
 
Na przykładzie mojej historii można by podejrzewać, że Julian Tuwim jest poetą już powoli odchodzącym w zapomnienie. Jednym z tych, których jeszcze wspomina się na lekcjach języka polskiego ale którego twórczość nie przystaje już do aktualnej rzeczywistości. Nic bardziej błędnego. 
 
Książka Mariusza Urbanka nie tylko prezentuje sylwetkę poety i szybki przegląd przez całą jego twórczość, podejmuje też próbę pokazania całej złożoności jego osobowości. Był to nie tylko genialny poeta, satyryk, bibliofil, szperacz osobliwości (m.in. planował stworzyć bibliografię utworów o czartach i … szczurach), redaktor, Polak, Żyd ale przede wszystkim wrażliwy człowiek. Przypadło mu żyć w trudnych okresach naszej historii. Najpierw w antysemickim Dwudziestoleciu potem w trakcie wojny na emigracji w Brazylii i Stanach Zjednoczonych, po to by w końcu wrócić do komunistycznej Polski. I chociaż, niektórzy nadal wytykają, że podporządkował się systemowi i pisał pod jego dyktat, nie można jednoznacznie interpretować tej postawy. Zawsze potrafił znaleźć takie wyjście aby pomóc innym. Był świetnym mentorem dla młodych twórców.

Książka ,,Tuwim. Wylękniony bluźnierca” zachęta też do samodzielnego okrywania ,,Księcia poetów polskich” na co dzień. Wiele jego myśli przeniknęło do potocznego słownictwa i nawet tego sobie nie uświadamiamy. Wiele wierszy to utwory, które czasem nucimy pod nosem. Doskonały przykład to ,,Wspomnienie” (,,Mimozami jesień się zaczyna...”) w wykonaniu Czesława Niemena.

Gorąco polecam. Dzięki tej lekturze Julian Tuwim stanie się osobą z krwi i kości, fascynującą postacią a nie tylko kolejnym nudziarzem ze starego podręcznika.

link: Akurat - Do prostego człowieka

sobota, 22 października 2011

,,Przenajświętsza Rzeczpospolita" Jacka Piekary


Jeszcze dobrze nie opadły emocje po ostatnich wyborach parlamentarnych. Nadal mamy w pamięci wszystkie obietnice, plany zmian i reform, wizje na przeszłość Rzeczpospolitej. Wszystkie ona zakładają, że w niedługiej przyszłości nasza ojczyzna nadgoni wszelkie braki, usunie niedociągnięcia i będzie istnym rajem na ziemi. Słyszeliśmy już, że będzie drugą Irlandią, drugą Szwecją, ostatnio Budapesztem.

Jakże odmienna jest wizja stworzona kilka lat temu przez Jacka Piekarę w powieści ,,Przenajświętsza Rzeczpospolita”. Prezentuje on obraz Polski za zaledwie trzydzieści lat (a gdyby się uprzeć i wziąć pod uwagę fakt, że pierwsze wydanie wyszło w 2006 roku – to już za 25 lat). Jest to kraj, w którym rządzą katoliccy ekstremiści, panuje fanatyzm religijny, wszystko co cenne zostało już rozsprzedane przez kolejno zmieniających się posłów, prezydentów, premierów. Jedyną deska ratunku, aby zachować pozycje na arenie międzynarodowej okazują się niedawno odkryte na Suwalszczyźnie złoża ropy naftowej, większe nawet od tych arabskich. O nie toczą negocjacje i targi. 
 
Codzienną rzeczywistość w Przenajświętszej obserwujemy oczami kilku bohaterów: Amalryka Dymały – niedawno awansowanego pomocnika kościelnego (stanowisko przypominające peerelowskie ormo), posła Lepkiego, senatora Kurdupella, kardynała Anastazego Pastucha, pisarza Konrada Piotra i poety Atlasa Symbola. Stanowią oni przekrój przez najważniejsze warstwy polskiego społeczeństwa, pokazują jak daleko i głęboko sięga degeneracja moralna. Widzimy jak łatwo przychodzi notablom oddanie złóż naturalnych w obce ręce za osobiste korzyści, hipokryzję i drwinę z wiary, nawet (albo przede wszystkim) u dostojników kościelnych, wszechobecną inwigilację i zastraszanie obywateli, obóz koncentracyjny jakim stał się obszar Śląska. 
 
Powieść Piekary nie jest lekturą łatwą i przyjemność. Jest obrazoburcza, brutalna, momentami ociera się o pornografię. Niszczy mit idealnego systemu i idealnej religii. Czasem z tej ostatniej wręcz szydzi. Mimo to, warto po nią sięgnąć. Zmusza do myślenia nad stanem Polski, nad naszymi wyborami. Przyznam się, że zaczęłam ją czytać jeszcze we wrześniu. Czytałam w trakcie kampanii wyborczej i myślałam w jakim stopniu wizja Piekary odbiega od rzeczywistości. Oczywiście, trzeba brać pod uwagę przerysowanie i wyobraźnię pisarza ale i tak zestawienie obu tych obrazów jest przerażające. Łatwo można zauważyć pewne elementy wspólne, póki co jeszcze tylko pojedyncze, niepokojące sygnały sygnały. 
 
Nie powiem nikomu: przeczytaj, rewelacyjna książka, bo taka nie jest. Ale zmusza do myślenie, ostrzega przed głupotą, zbytnim zabieganiem tylko o swoją wygodę. Dostaje się w niej każdemu po równo. Każdemu wytyka błędy, z każdego drwi. Demaskuje nasze przywary narodowe. 
 
Na pewno nie powinny sięgać po nią osoby wrażliwe. Do niej trzeba dorosnąć by zrozumieć z niej coś więcej niż tylko przekleństwa i dostrzec coś więcej niż brutalny seks.