niedziela, 2 listopada 2014

,,Małżeńska fuzja" Jennifer Probst

Ten weekend jest dla mnie weekendem ,,kończenia książek". Przyznaję, że posiadam bardzo niedobry nawyk czytania kilku pozycji na raz. A że czytam absolutnie wszędzie i na różne sposoby (bo zarówno na komputerze, komórce, w wersji papierowej w domu, autobusie, stojąc w kolejce) to zawsze trochę się tego na zbiera.

Książka ,,Małżeńska fuzja" była moją książką autobusową. Dlaczego? Bo idealnie nadawała się do tego celu. Zacznę od strony graficznej - moja książka do czytania w trakcie podróży musi mieć stosunkowo dużą czcionkę oraz nie za dużą objętość. Zdecydowanie mniej się wtedy wzrok męczy.

Fabuła też idealna: mało skomplikowana historia dwojga ludzi - Julietty i Sawyera, zmuszonych przez nadgorliwą mamę do małżeństwa. Od początku wiemy jak to się skończy, ba nawet możemy bez pudła określić przebieg zdarzeń. Schemat jaki wykorzystała autorka spotykany jest dosyć często. Na plus zdecydowanie lekki styl pisarstwa pani Probst, który czyta się całkiem przyjemnie, spora dawka humoru oraz całkiem sympatyczne postacie.

Wprost idealna książka do czytania w autobusie - można przerwać w dowolnym momencie, odłożyć na dłużej a gdy później do niej się wraca doskonale orientuje się w fabule.

,,Scotland Yard" Alex Grecian

Śledztwo w sprawie seryjnego mordercy bez wyspecjalizowanej ekipy, bez dokładnej analizy laboratoryjnej? Obecnie, gdy jesteśmy zalewani filmami i serialami kryminalnymi, wydaje nam się to nierealne. Podświadomie wyczekujemy na pojawienie się śledczych zbierających najmniejszy okruch, ślad odciska palca i dokładnie go badających.

Zupełnie inaczej wyglądało to trochę ponad sto lat temu. Brygady śledcze dopiero się formowały, daktyloskopia nie istniała, nie mówiąc już o precyzyjnym zabezpieczaniu dowodów. I właśnie w takim świecie prowadzi swoje pierwsze londyńskie śledztwo inspektor Day. Już na wstępie ma trudne zadanie - znalezienie zabójcy policjantów w mieście, które nadal żyje w strachu po nie tak odległych zabójstwach Kuby Rozpruwacza.

Od początku wiemy kim jest morderca, śledzimy zarówno jego poczynania, jak i działania policjantów. Mamy i błędne tropy, chwile zwątpienia śledczych, dodatkowe przeszkody i wątki pozornie odciągające od wątku głównego. Wszystko jednak płynnie zmierza do finału.

Książka jest naprawdę dobra, gdy się już zacznie ją czytać nie sposób się oderwać. Będę wypatrywać niecierpliwie kolejnych tomów z serii.

sobota, 1 listopada 2014

Głos Tybetu. Za wielkim murem cenzury

Wstrząsający raport prezesa fundacji Voice od Tibet na temat sytuacji w Tybecie oraz łamania praw człowieka i wolności słowa w Chinach. Autor przede wszystkim koncentruje się na działalności kierowanej przez siebie fundacji. Prowadzi ona radiostację próbująca przekazywać do Chin i Tybetu obiektywne, prawdziwe i nieskażone partyjną propagandą informacje. Niestety, nadawany przez nią program jest zagłuszany przez władze chińskie a słuchaczom grożą surowe represje.

Książka ta ma na celu przybliżenie przeciętnemu czytelnikowi sytuacji w tym regionie, zwrócenie jego uwagi na jego problemy, uwrażliwienie na ogromne cierpienie narodu tybetańskiego oraz pokazanie, że nadal w XXI wieku istnieją reżimy uniemożliwiające swobodny dostęp do wiedzy i informacji.


poniedziałek, 6 października 2014

,,Wiedeńska gra" Carla Montero


Przyznaję, że w ten weekend nie istniałam dla świata i nawet nie wiem jak to się stało. Otworzyłam książkę w autobusie a potem świat wykreowany przez Carlę Montero tak bardzo mnie pochłonął, że gdy skończyłam zorientowałam się, że jest niedziela.

Początek XX wieku, tak do wybuchy I wojny światowej zawsze mnie fascynował. Miał swój niepowtarzalny urok, otoczkę romantyczności, galanterii przetykaną nowoczesnością i przebłyskami ogromnym zmian jakie zaczną zachodzić w świecie. Autorce całkiem zgrabnie udało się to wszystko uchwycić w powieści ,,Wiedeńska gra" - dodała aferę szpiegowską, szczyptę Orientu, wątek miłosny i powstała lektura, którą się pochłania. Przyznaję, że w pewnym momencie zwroty akcji mnie zaskoczyły. Tak samo jak wzajemne relacje między bohaterami. Cóż, stanowi to tylko plus.

Oprócz zalet, niestety w niektórych momentach widać, że jest to debiutancka powieść: za szybkie przejścia między wątkami, w pewnych momentach nie do końca wiedziałam o co chodzi, pewna naiwność fabularna. Ale nie jest to jakieś bardzo rażące. Mimo wszystko polecam, szczególnie gdy szuka się lekkiej lektury na weekend.

piątek, 3 października 2014

Stary Ekspres Patagoński



,,Wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet. Ściskając w ręku kamyk zielony patrzeć jak wszystko zostaje w tyle..”

Ten fragment piosenki wyjątkowo dobrze oddaje klimat powieść ,,Stary Ekspres Patagoński” Paula Theroux. Książka zaczyna się nad wyraz zwyczajnie: ot, wychodzi facet z domu i wsiada do metra w Bostonie. Jednak metro, którym tysiące ludzi  zdąża do pracy dla niego jest dopiero wstępem do wielkiej podróży wzdłuż obu Ameryk. Paul wybiera przede wszystkim pociągi: czasem stare, zdezelowane, poruszające się ślimaczym tempem po niestabilnych torach w jeszcze bardziej niestabilnych krajach. Jego zachowanie w nich nie różni się bardzo od tego co znamy: pije, śpi, czyta i obserwuje krajobraz za oknem oraz współtowarzyszy podróży.

Akcja tak jak stary pociąg posuwa się powoli. Za oknem zmieniają się krajobrazy. Od zasypanego śniegiem Bostonu, tropikalną Amerykę Środkową, górzyste Andy aż po upragniony ,,koniec świata” – Patagonię. Zmieniają się otaczający go ludzie: jedni są dowcipni, dumni ze swego pochodzenia i kraju, inni – sterani życiem biedacy, nie oczekujący od życia już niczego więcej. Spotyka też innych podróżników – czasem naiwnych, czasem głupich, czasem podróżujących bez celu. Jest to świetne studium antropologiczno - społeczne Ameryk końca lat siedemdziesiątych.

Ostatnio zdarzało mi się kilkakrotnie sięgać po powieści podróżnicze, które miały opowiadać o niezwykłych miejsca i ludziach tam żyjących. Ta akurat powieść niespecjalnie wpisuje się w te ramy. Szczerze, opis Patagonii jest chyba najkrótszy w całej ponad 500-stronnicowej powieści. A tytuł sugeruje, że akurat to miejsce będzie kluczowe dla całej akcji. I w pewnym sensie tak jest.
             

piątek, 26 września 2014

Piećdziesiąt twarzy żenady

Każdy już chyba pastwił się nad tą książką. Prawdopodobnie więcej czytałam złych opinii aniżeli dobrych. Chodź dobre przenosiły się raczej za pomocą jakiegoś ,,głuchego telefonu", czego dowodem może być fakt, że w pewnym momencie zauważyłam, że wszystkie dziewczyny i kobiety w autobusie czytają Greya. Aż sama zaczęłam się rozglądać, czy przypadkiem nie rozdają go gdzieś na przystanku.

Nie mam zamiaru powtarzać tego co już napisano, wytykać błędów czy braków. Za to chcę pokazać co mnie śmieszyło:

1) Ana, lat 21, nie ma ubrań poza jedną parą dżinsów (o koszulkach nic nie wiadomo). Współlokatorka Kate, została wprowadzona tylko w celu pożyczania jej ciuchów. Jak ona przeżyła cztery lata w Portland, nie rozumiem, ale przynajmniej oszczędziła kupę kasy... hmmm.. tylko gdzie ją ma???
2) Ana, kończy studia w 2011 roku i nie posiada komputera (sic!) Też kończyłam studia w 2011 i bez mojego ogromnego, wolnego ,,Franka" (który jest już w krainie wiecznych komputerzych łowów) raczej niewiele bym zrobiła. Może w USA do studiowania wystarczy iPod...
3) Christian, niby ma ogromne doświadczenie, wszystko zna a za cokolwiek się bierze to pierwszy raz. To wychodził kiedyś z tego Czerwonego Pokoju czy nie??
4) Postacie drugoplanowe, wytłumaczy mi ktoś po co one tam są skoro nic, absolutnie nic nie wnoszą?? Sorry, Kate wnosi ubrania, w których chodzi Ana, ale reszta??
5) A teraz najważniejsze, to o czym niby jest ta książka - seks. Jak dla mnie to niewiele różni się on w opisie od przepisu kulinarnego. Wziął, zrobił, skończył. Zero jakichś uczuć czy emocji.
6) Wewnętrzna bogini. To jest coś takiego?? Kurczę, tyle lat żyłam w nieświadomości.

Jest jeszcze parę kwiatków ale dam sobie z tym spokój, chyba każdy wie o co mi chodziło. Szkoda, że rozpętała się koło niej taka burza. Nie jest ona warta aż tak dużego zainteresowania.

środa, 25 czerwca 2014

Bon Jovi Kiedy byliśmy piękni

Był rok 2000, miałam 12 lat kiedy po raz pierwszy usłyszałam ,,It's my life" Bon Jovi. Długo później chodziłam i prosiłam rodziców, żeby kupili mi (jeszcze wtedy!) kasetę ,,Crush". Nie przypuszczałam, że w ten sposób zaczyna się moja najdłuższa i najlepsza przygoda muzyczna.

Bon Jovi towarzyszą mi zawsze. Razem z nimi kończyłam kolejne szkoły, zdawałam egzaminy, pisałam prace zaliczeniowe. Byli moim budzikiem. Towarzyszyli mi gdy szłam na rozmowę o pracę. Włączam ich piosenki gdy jestem szczęśliwa, smutna, zmęczona, gdy roznosi mnie energia. Nie umiem wyobrazić sobie sytuacji, kiedy nie mam pod ręką którejkolwiek z płyt czy choćby ulubionych kawałków.

Sięgnięcie po album Bon Jovi Kiedy byliśmy piękni to wisienka na torcie.  Cudownie było siąść, słuchać największych przebojów, czytać wywiad i podziwiać rewelacyjne zdjęcia. Przyznam, że nie interesuje mnie ich życie prywatne ale czytanie o historii zespołu, ich wizji jego przyszłości, o tworzeniu piosenek, które nucą pokolenia, życiu w trasie i wzajemnych relacjach między ,,chłopakami" było niesamowitym przeżyciem. Stali się mi jeszcze bliżsi.

Album to podsumowanie dwudziestu pięciu lat działalności zespołu. Taki szybki, fotograficzny przegląd najważniejszych momentów z jego życia. Obowiązkowa pozycja w biblioteczce każdego fana Bon Jovi.
polecam gorąco!!